O 3000, o sukcesach i o brojeniu

Miałem iść spać, żeby się wyspać na jutrzejsze zajęcia u logopedy. Nie dość, że na 8:00, to jeszcze w Gdyni…

No, ale trudno. Mam pewne zobowiązania, bo są tacy, którzy czekają na Fistaszkowy Nocnik, czyli nocne wydanie Staszkowych przeżyć i przemyśleń. A że sobie zasłużyli i to bardzo, bo na mojej facebookowej stronie jest Was już ponad 3000(!), to spać nie idę. Będę opowiadał.3000fanówMama mnie budzi, kiedy jest jeszcze ciemno. Za 35 minut przyjedzie po nas Ciocia Magda i Mateuszek, a ja zwinięty w kulkę śpię sobie w najlepsze. Mikołaj zagląda chyłkiem przez okno, więc wstaję. Niech widzi jaki jestem grzeczny! Wstaję, robię siusiu na nocnik, ubieram się, wciągam euthyrox, zjadam jogurt i jestem gotowy do wyjścia. Ciocia już czeka. Jedzie nam się całkiem dobrze, wiosna jest wspaniała i… tu powinno pojawić się zdjęcie z mojej trasy, ale go nie będzie, bo dzisiaj sąsiednią miejscówkę zajęła policja z radarem i lizakiem (ale nie takim do jedzenia). Nie będziemy ich kusić. Skoro raz przepadło… pierwszy raz od prawie roku, to chyba znak, że mogę już skończyć z tym nałogiem i zdjęć z trasy więcej nie będzie.

Dojeżdżam na miejsce. Zaczynam od zajęć z p. Patrycją i Mama od razu mnie chwali za tego banana, co go tak wczoraj pięknie zjadłem. Zresztą wszystkim w Skarszewach mnie chwali. Kogo tylko nie spotka… „A Staszek zjadł wczoraj banana, naprawdę. Sam wziął, przyniósł, odgryzał, przeżuwał, połykał… bla, bla,bla.” Skoro Mama mnie chwali, to nie mogę wyjść teraz na nieuka, więc się skupiam i… p. Patrycja pokazuje mi dwa obrazki. Pies i coś tam, już nie pamiętam. Ja mam pokazać psa. Proste jak świński ogon. Dobrze wiem jak wygląda pies i to nie od dziś, więc… pokazuję go paluszkiem, mówię „to”, a zaraz potem dorzucam jeszcze „łał łał łał” – czyli szczekam. Mama nie ma dowodów, ale są świadkowie. Próbowaliśmy drugiego podejścia, żeby móc Wam pokazać, ale za drugim razem pokazałem tylko palcem. Nie będę się nadwyrężał. U p. Patrycji nie siedzę w kucu (to się chwali), więc od czasu do czasu uciekam, np. na leżaczek. Zaintrygowało mnie to pasiaste zwierzątko, co wygląda jak koń. Pani powiedziała, że to zebra, a ja próbowałem powtórzyć i wyszło mi coś jakby „zeba”, czyli prawie dobrze.Zajęcia z pedagogiem/ logopedąZajęcia się skończyły, a Mama maszeruje na dywan i rozkłada się na kolorowych poduszkach – to nasz kącik, w którym spędzamy zawsze przerwę. Zupełnie nie wiem, czemu Mama tam teraz wypoczywa skoro przerwy dzisiaj nie mam. Ja wiem swoje, więc idę do pokoju p. Beatki. Do końca korytarza i w prawo. Znikam Mamie z pola widzenia, a ona przypomina sobie o moich ćwiczeniach. Wchodzimy spóźnieni, ale lepiej późno niż wcale. Tutaj też zdobywam pochwałę. Pani Beatka pokazuje mi zwierzątka i naśladuje ich dźwięki, a ja powtarzam jeden z nich. Bardzo długi. Bardzo trudny. „Ihaha!”.Zajęcia z logopedąPoza tym trochę broję, ale nie mówcie Mikołajowi. Zepsułem p. Beatce osę. Urwałem jej papierowe skrzydełko. Specjalnie. I bardzo mi się to spodobało, więc z uśmiechem na buzi i patrząc pani w oczy oderwałem jeszcze kawałek. Mamie i pani nie podobało się to tak bardzo jak mi.

Po zajęciach z logopedą czas na muzykę. Zaglądam do świetlicy i… jest p. Mateusz! Strasznie mnie to cieszy, chociaż biedaczek wygląda na chorego i nie czuje się dobrze. Musi szybko iść spać i wyzdrowieć do naszej piątkowej Wigilii, którą mamy w Skarszewach (10:00 – 14:00). Mimo choroby i złego samopoczucia prowadzącego na zajęciach jest jak zawsze petarda! Uwielbiam!

W tym roku nie mamy zbyt wiele czasu na świąteczne przygotowania. Kartki nie wysłane, pierniki nie upieczone (nie licząc tych, które piekłem podczas warsztatów), ozdoby choinkowe (łącznie z lampkami adwentowymi – takie jakby świeczki na okno) są nadal w piwnicy, na roratach nie byłem, śniegu brak… gdyby nie p. Mateusz i jego kolędowanie (no i gdyby nie mój Antoś, który śpiewa w domu kolędy i recytuje rolę pastuszka), to w ogóle bym nie wiedział że idą Święta.

Od p. Mateusza idę do p. Magdy…Zajęcia z logopedą…i do p. Kasi…Zajęcia z psychologiem…i mogę już jechać do domu. A właściwie nie do domu, tylko na parking pod domem. Tata i Antoś już na nas czekają. Tata super siłacz przekłada mnie razem z fotelem i montuje w naszym aucie. Cioci i Mateuszkowi robimy papa i jedziemy na „Polanki”. Antek ma dziś ostatnie zajęcia, ja przedostatnie. Kiedy przekonuję się, że ćwiczyć jest fajnie, to mój dwutygodniowy turnus dobiega końca. Następny dopiero pod koniec kwietnia lub na początku maja. Ale do tego czasu pewnie zdążę o tym (że fajnie) zapomnieć.

A to ćwiczenie było moim pomysłem :)

A to ćwiczenie było moim pomysłem 🙂

Film miał być, ale jest już późno. Może jutro dam radę nadrobić te braki. A tymczasem… dobrej nocy!

PS Na facebooku jest już nas 3011! Dziękuję i za tych tu i za tych tam, i za tych tu i tam :*


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *