Pływać, czy nie pływać? Oto jest pytanie!

W zeszłym roku byłem świetnym pływakiem. Czułem się w wodzie jak, jak, jak… jak ryba! Jak ryba w wodzie! Uwielbiałem chodzić na basen, uwielbiałem moją grupę, uwielbiałem pana Michała, uwielbiałem pływać! Tuż przed wakacjami coś się zaczęło psuć. Nie z grupą, nie z basenem, nie z panem Michałem, tylko ze mną. Coś przestało mi pasować i nikt nie wiedział co. Ja chyba też nie do końca.Po wakacjach, wypoczęty i stęskniony wróciłem z uśmiechem na ustach. Ale tylko w planach, bo kiedy przyszło do realizacji, wcale nie chciałem pływać. Zamiast ćwiczyć, kurczowo trzymam się Taty, albo siedzę na brzegu i płaczę, albo robię wszystko, tylko nie to, co trzeba, albo się denerwuję i gryzę palce.

Trzy tygodnie temu było całkiem nieźle. Babcia przywiozła mnie na basen, a ja z radością poszedłem do szatni. Tyle, że zamiast przebrać się w kąpielowe gatki i wskoczyć do wody, wróciłem do domu. W ogóle nie chciałem się rozbierać, ubierać, współpracować. Ani trochę, ani nawet odrobinę.

Dwa tygodnie temu porozmawiałem sobie z Mamą i obiecałem, że będę ładnie pływał. Że się przebiorę bez ociągania, wejdę do wody i będę robił to, co wymyśli pan Michał. Obietnic zwykle dotrzymuję, więc starałem się jak mogłem! Nie wszystko było idealnie, ale było już lepiej.

Tydzień temu pływałem z Tatą, a Mama była tuż obok. Kucała na brzegu, patrzała jak pływam i wspierała, kiedy tego potrzebowałem. Najpierw było ekstra. Uśmiech na twarzy, skoki, pływanie i wielka radość.

Jednak przyszedł taki moment, kiedy zacząłem strasznie płakać i nikt nie wiedział o co mi chodzi. Ja też nie potrafiłem tego wyjaśnić. Mama mnie tuliła, cisiała (czyli mówiła cssiiii i kołysała) i próbowała dowiedzieć się co się stało, ale ja tylko płakałem i siedząc na brzegu gryzłem palec. Nie byłem w stanie nic powiedzieć. Nie dlatego, że brakuje mi słów, bo mówca ze mnie jest coraz lepszy. Tego samego dnia, kiedy Mama odbierała mnie z przedszkola, opowiedziałem jej, że siedzieliśmy w kółku na angielskim z p. Asią, która ma płyty i że mój kolega X (tu padło imię kolegi) siedział obok mnie w tym kółku i mnie poszczypał, i że płakałem i pani dała mi plasterek, a koledze X powiedziała, że szczypać nie wolno i że oj, oj! Ale teraz nie potrafiłem złożyć nawet krótkiego zdania, które wyjaśniłoby moją rozpacz. W ogóle nie mogłem się uspokoić. W końcu się jednak wyciszyłem, uśmiech pojawił się na mojej buzi, a ja byłem gotowy do dalszej zabawy. Jednak zanim wskoczyłem do wody, znów pojawił się problem. Tym razem nawalił jednak Tata. Ja mu mówiłem „dalej, dalej”, ale on w ogóle mnie nie chciał słuchać, w ogóle nie zrozumiał o co mi chodziło. Ale o tym za chwilę. Z tego braku porozumienia znów zacząłem płakać i tak już płakałem do końca zajęć. Do wody nie wróciłem. Za to umówiłem się z Mamą, że za tydzień będziemy pływać razem. Czasem taka zmiana dobrze robi.

I teraz o tym, co dzisiaj…

Mama odbiera mnie z przedszkola i jedziemy razem na basen, rozmawiając w drodze o tym, co będzie. O tym, że będę pływać, że będę grzeczny, że spotkam Maję – moją koleżankę z przedszkola, którą bardzo lubię, o tym, że będzie pan Michał (w co wątpił Tadzik, mój kolega z przedszkola ), o tym, że będą dzieci. No i że będziemy razem i będzie fajnie. To takie nasze przygotowanie. Lubię wiedzieć co mnie czeka.

Jesteśmy 20 minut przed zajęciami, także mam czas żeby pójść do toalety, przebrać się i umyć. Z ostatnim zadaniem mam problem, ale jeszcze to ogarniemy. Tak, jak ogarnęliśmy poranne i wieczorne mycie zębów i mycie rąk po skorzystaniu z toalety. Idąc na basen cały czas mówię, że będą rybki, bo przy jednym z dwóch małych basenów są rybki na ścianach i na suficie. Jednak okazuje się, że dzisiejsze zajęcia są na tym drugim, na tym, gdzie nie rybek, na tym którego za bardzo nie lubię. Mama odwraca moją uwagę od problemu jakim jest inny zbiornik i mówi, żebyśmy poszukali pana Michała. Skupiam się więc na tym. Mamy jeszcze kilka minut. Siedzimy, chodzimy, patrzymy na pływające i bawiące się w wodzie dzieci, wypatrujemy pana Michała i machamy do mojej koleżanki Mai.

Kiedy pan Michał zaprasza mnie do wody, nie jestem zachwycony. Nie tutaj chciałem pływać. Nie lubię tego basenu, bo tutaj jest niebieska woda, a ja nie lubię niebieskiej wody. Jest okropna. Tzn. wygląda jak niebieska, przez kafle którymi wyłożone jest dno i ściany. Mama tłumaczy mi to, co Tata też mi już tłumaczył i pokazuje na ręce, że woda jest przeźroczysta, a tylko kafle niebieskie. Pan Michał też pokazuje, a ja powoli się z tym godzę i powoli się rozkręcam.

Po kilku zadaniach na przywitanie – nurkowaniu z buzią jak chomik (zamknięte usta i duże poliki), robieniu korka (zamknięta buzia, trzymanie się za kolana i unoszenie na wodzie) i machaniu do siebie pod wodą, siadamy na brzegu. Teraz będą skoki do wody. Takie na siedząco. Rodzice mają stanąć na środku basenu, a dzieci wskoczyć i podpłynąć. Mama boi się, że się utopię, więc staje bliżej (tak jak tydzień temu Tata, kiedy zacząłem płakać po raz drugi), a ja wołam żeby stanęła dalej. Mama porozumiewa się z panem Michałem. On stanie bliżej, żeby w razie czego mnie wyjąć, a Mama stanie dalej, żebym miał tak, jak wszyscy. Bo ja przecież widzę, że pozostali rodzice stoją jak trzeba, czyli daleko, a tylko moja Mama cuduje i staje blisko. Jestem jak wszyscy, więc chcę pływać jak wszyscy. Udało się. Mama stanęła dalej, a ja wskoczyłem i asekurowany przez pana Michała dopłynąłem do niej. Teraz Mama wie na co mnie stać i może mi zaufać. Bez obaw staje w połowie basenu, a ja skaczę, płynę, łapię Mamę za ręce, puszczam i płynę na drugi koniec basenu. Gramolę się na brzeg, siadam, mówię Mamie, żeby stanęła dalej, zamykam buzię i znów skaczę do wody. Teraz to mam z tego frajdę! Płynę prawie tak, jak wszyscy. Prawie, bo jednak nie robię wszystkiego tak samo jak pozostałe dzieci. Nowości nie przychodzą mi tak łatwo, a niektóre rzeczy są trochę za trudne. Kiedy moja grupa składała się samych dzieci niepełnosprawnych łatwiej było mi nadążyć, bo wszyscy mieliśmy podobne tempo i podobny poziom, ale moja ekipa się wykruszyła. Została tylko Lenka i ja, i jakoś musimy sobie tu radzić. Ale nie jest źle, pan Michał jest obok i kiedy widzi, że mam problem z jakimś nowym zadaniem, zawsze mi podpowiada co mogę zrobić w zamian. Najczęściej jest to nurkowanie z zamkniętą buzią.

Niechętnie podchodzę do nowości. Bezpieczniej się czuję, kiedy robię to, co już znam i potrafię. Kiedy ostatnio mieliśmy leżeć plackiem na plecach, w ogóle się nie położyłem. Ale dzisiaj jest dobry dzień. Rączkami trzymam się brzegu, nóżkami zapieram o ścianę i kładę głowę na powierzchni wody. Potem się odpycham i unoszę na wodzie. Mama lekko podtrzymuje mi głowę, żebym za bardzo jej nie odgiął do tyłu. Pan Michał mówi, żeby położyć się na wodzie, jak na poduszce, ale ja, kiedy śpię, właśnie mam głowę tak bardzo wygiętą, że gdybym teraz tak wygiął, to woda wdarłaby mi się do oczu, uszu, nosa i buzi, także mnie to nie dotyczy.

Kiedy wszyscy pływają z makaronami, ja nie chcę. Coś jest takiego w tych makaronach, że wzbudzają mój niepokój. Niby się cieszę, kiedy je widzę, ale potem wcale ich nie chcę. Nie ufam im. Mama odpuszcza. Nic na siłę. Ważne, że tym razem pływam, staram się i w sumie, po raz pierwszy od dawna bardzo dobrze bawię. Kiedy dzieci pływają na plecach z makaronem pod biodrami, ja ćwiczę nurkowanie z buzią jak chomik. Raz z Mamą, raz z panem Michałem. Byle tylko daleko od lampy! Bo wiecie co jest jeszcze gorsze od niebieskiej wody i makaronów? Podwodna lampa! Naprawdę jest straszna i strasznie się jej boję. A wiecie co trzeba zrobić żeby pokonać strach? Trzeba wyjść mu naprzeciw! Bo przecież kto się oswoi, ten się nie boi! No i pan Michał oswaja mnie dzisiaj z tą straszną lampą. Najpierw pokazuje mi, że przy suficie też jest lampa i ta pod wodą niewiele się od niej różni. A potem ze mną nurkuje. Najpierw z bliska, ale z bliska jest za strasznie, więc potem z daleka. A potem podpływam bliżej razem z Mamą i patrzę, że pan Michał dotyka tej lampy i że wcale się jej nie boi, więc ja też jej dotykam, i Mama też, i okazuje się, że ta lampa wcale nie jest taka straszna. I wynurzam się z wody i mówię, że „Już nie boję się lampy. Lubię lampę. I niebieską wodę też lubię.”. Strach oswojony!

Ostatnie zadanie to skoki do wody, a ja uwielbiam skoki! Zwłaszcza te na stojaka. Płyniemy do brzegu, wychodzimy, stajemy w kolejce i cierpliwie czekamy. Wszyscy po kolei. Jeden skoczy, odpłynie i dopiero następny. Skaczemy z takiego piankowego pomostu, z takiej maty, co leży na wodzie. Można skakać z rozbiegu lub z miejsca. Ja lubię każdą z tych opcji. Byle dużo! I zdradzę Wam w sekrecie, że po każdym skoku, tak szybko pędziłem do brzegu, że skakałem najwięcej ze wszystkich, ale csiii, to tajemnica!

Na koniec stajemy w kółeczku i mówimy „Baloniku nasz malutki…”. Jak dojdzie do „trach”, to rodzice wyrzucają dzieci w górę i to jest naprawdę ekstra. Potem jeszcze nurkowanie z machaniem na „do widzenia” i lecimy. Dotrwałem do końca! Bez płaczu, bez uciekania, bez siedzenia na brzegu, bez gryzienia paluszków. Za to z wielką radością!

  • Kiedy bardzo czegoś nie chciałem, Mama odpuszczała, żeby mnie nie zniechęcić. Jak nie dziś, to może następnym razem. Pływanie ma być przede wszystkim przyjemnością. Nic na siłę.
  • Kiedy nie chciałem tylko troszkę, to próbowała mnie przekonać, zachęcić i wesprzeć tak, żebym jednak się złamał, zaryzykował i sprawdził, czy dam radę.
  • Kiedy się bałem, to pokazywała mi te moje strachy, żebym mógł je oswoić.
  • Kiedy nie wiedziała, co zrobić, to pan Michał zawsze tłumaczył, pokazywał, albo ćwiczył ze mną, tak abym nie wypadł z dobrego rytmu, w który dzisiaj wpadłem.
  • Kiedy zaczynał się mały kryzys, Mama zaczynała wygłupy i np. udawała, że mnie zjada, żeby odwrócić moją uwagę.
  • Kiedy bałem się nurkować koło lampy, to nurkowaliśmy z drugiej strony…, aż do momentu, kiedy pan Michał zaproponował żeby zobaczyć lampę z bliska i przekonać się, że nie jest wcale straszna.
  • No i mnie chwaliła. Nie mogła się powstrzymać, tak bardzo była ze mnie dumna, tak bardzo się cieszyła, że daję radę. I ja też byłem z siebie dumny. I też się cieszyłem. Nadal jestem i nadal się cieszę.

Udało się i za tydzień też się uda. Mamy w końcu umowę.

Po wyjściu z wody idziemy się kąpać. Bez najmniejszego problemu wchodzę pod prysznic i calutki się myję. Potem wycieranie, ubieranie, suszenie i znów spotykam Majkę z mojej przedszkolnej grupy. Ubieramy się na wyścigi (wygrałem, bo moja kurta była w samochodzie, więc miałem do założenia tylko skarpety i buty), a potem za rączkę idziemy do windy, cały czas sobie gadając. A potem, idąc do samochodu (bo akurat zaparkowaliśmy obok siebie) planujemy już co powiemy dzieciom, kiedy spotkamy się z nimi w przedszkolu. Takie buty! Taka normalność!


Wpis “Pływać, czy nie pływać? Oto jest pytanie!” został skomentowany 3 razy

  1. Uwielbiam Staszka Fistaszka jest po prostu niesamowity i ta jego radość życia a najpiękniejszy jest jego uśmiech.I widoczna na każdym kroku radość i miłość do wszystkich zawsze z niecierpliwością czekam na nowe wpisy,jak dla mnie jest wspaniałym małym bohaterem!!!!!!

  2. Jestem zachwycona ta opowieścią… Wybieram się z moim Oliwierkiem na basen ale jakoś nigdy nie możemy tam dotrzeć…polecacie jakiś basen przyjazny maluchom w Gdańsku najbliżej rejonów UG??

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *