Magiczna liczba siedem

Czy znasz, czy znasz, magiczną liczbę siedem?
Czy znasz, czy znasz, magiczną liczbę siedem?

Tak jest jeden.
Tak jest dwa.
Tak jest trzy.
Tak jest cztery.
Tak jest pięć.
Tak jest sześć…

…a tak jest siedem, czyli kilka słów o tym, jak to jest być siedmiolatkiem.

Wiem. Ostatnio jest mnie tu mało. Tak mało, że ktoś mógłby pomyśleć, że zniknąłem na dobre. Ale nie martwcie się! Dopóki jest ktoś, kto będzie chciał czytać, dopóty, po drugiej stronie zawsze będzie siedział ktoś, kto będzie chciał pisać, nawet jeśli nie będzie to tak systematycznie, jak kiedyś. Ale do rzeczy…

Mam już siedem lat. Kiedy Antoś miał tyle, co ja, był już w drugiej klasie, tymczasem ja, rozkręcam się powoli. Po trzech latach spędzonych w przedszkolu, zostałem tam na kolejny. To nie do końca był mój wybór, gdyż choć mały, jestem odważny i dość pracowity i do szkoły chętnie bym już poszedł. Prawdę mówiąc, wybieram się tam intensywnie od maja ubiegłego roku, kiedy to moje przedszkolaki zaczęły planować swoją najbliższą przyszłość. Mówiły dokąd pójdą, z jakim tornistrem, z jakim piórnikiem i czego będą się uczyć, i mi też się zamarzyło. Jednak Mama, jak to Mama, boi się o swojego Okruszka. Martwi się, czy dam tam radę, czy będę miał przyjaciół, czy usiedzę tyle godzin w ławce, czy się nie zgubię w toalecie lub w szatni, czy nie będą wytykać mnie palcem i wyzywać od „dałnów”. Czy po lekcjach będzie musiała od razu mnie odbierać, czy będę mógł zostać w świetlicy, a jeśli będę mógł zostać, to jak spędzę ten czas. Co będę jadł, kiedy będę w szkole? Czy będę mógł czytać sylabami, czy po tylu latach spędzonych na nauce czytania Metodą Krakowską, będą mi wciskać literki? Tak dużo obaw, tak dużo pytań, tak mało odpowiedzi…

No dobrze. Wiecie już, że nadal chodzę do przedszkola i niewykluczone, że spędzę tam jeszcze jeden rok. Potem zerówka w szkole i dorosłe życie. W jakiej szkole? Jeszcze nie wiem. Najchętniej poszedłbym do szkoły, w której pracuje Babcia Asia (szkoła muzyczna), lub w której pracowała przez jakieś 30 lat (sp 57). Mama najchętniej posłałaby mnie do małej szkoły pod domem, do której chodzi Antoś, do której będzie chodziła Marysia, w której najchętniej widziałaby również moich zespołowych przyjaciół. Co będzie? Zobaczymy! To jest naprawdę trudna decyzja.

Było o szkole, to może teraz kilka słów o moim zdrowiu. Przez wiele lat trzymałem się całkiem nieźle. Urodziłem się bez wady serca, dobrze słyszałem i dobrze widziałem, a potem co nieco zaczęło się psuć.

  • Serce nadal bije jak należy, ale myślę, że najwyższa pora udać się na kontrolę do kardiologa. Mama właśnie mnie umówiła na 11. marca i tym samym odhaczyła jedno z postanowień noworocznych.
  • Słuch wypada dobrze w jednym uchu, a w drugim ciągle nie tak, jak trzeba, dlatego w lipcu wybieram się na kolejną kontrolę. Wizytę mam umówioną na 4. lipca, ale będzie trzeba ją przełożyć, bo tego dnia jest 10. rocznica ślubu Rodziców i można, a nawet trzeba spędzić ją lepiej, niż w gabinecie laryngologa.
  • Wzrok. Na każde oko mam wadę +4, ale dobrze wyglądam w okularach, także nie narzekam. W styczniu byłem powtórzyć badania. Niewiele się zmieniło, ale szkła trzeba zmienić, także przy okazji zimowego turnusu, pójdę zamówić nowe szkła i wybrać nowe oprawki u mojego ulubionego optyka.
  • Hashimoto. Dwa lata temu okazało się, że choruję na chorobę autoimmunologiczną tarczycy, ale powiem Wam, że nie odczuwam z tego powodu jakiegoś dużego dyskomfortu. Problemem jest to, że mimo regularnych badań i końskich dawek euthyroxu, niespecjalnie mi się poprawia.
  • Epilepsja. Z tą koleżanką na szczęście już się pożegnałem. Choć nigdy nie był to duży problem, bo moje ataki były dość niewinne, to dla Rodziców każdy problem dotyczący ich dziecka jest PROBLEMEM.
  • Zęby. Mam komplet mleczaków i pierwszego stałego zęba, który pcha się w drugim rzędzie, za dolnymi jedynkami. Zęby raczej zdrowe, z naciskiem na raczej, bo ostatni raz byłem u dentysty dwa lata temu. Ale, żeby nie było, właśnie umówiłem się na kolejną wizytę i 25. marca śmignę do mojej pani doktor. Poza tym prawie regularnie chodzę do pani doktor ortodontki, które ogląda moje pościerane od zgrzytania zęby.
  • Dieta. To chyba największy z moich problemów, choć ja w tym co jem, problemu nie widzę. Jem to co znam i lubię. Nie ma tego za wiele, a ilość rzeczy które akceptuję raczej spada niż się zwiększa. Aktualnie są to naleśniczki Hipp, obiadek „Kluseczki z warzywami i indykiem” z Bobovity, jogurty malinowe, truskawkowo-poziomkowe i truskawkowe Jogobella, serki waniliowe Tutti, Maćkowy (aktualnie Polmlek) i z braku laku Danio, banany i kaszka – owsianka od Bobovity z dowolnym mlekiem. Do picia tylko woda. Jest kilka powodów, dla których moja dieta nie jest najlepszym sposobem odżywiania. Pierwszy jest taki, że mam żółte łapki, stopy, poliki i nos. Oznacza to, że wątroba nie radzi sobie z taką ilością karotenu i ten się odkłada tu i tam, zmieniając kolor mojej skóry. Endokrynolog zaleca zmianę diety, ale do tego potrzebny nam specjalista, którego nie znamy. Drugi to taki, że gdziekolwiek się udaję, muszę mieć swoje jedzenie na pokładzie (tygodniowy wypad oznacza m.in. 21 słoiczków, 21 kubeczków z jogurtem i 7 pojemniczków z serkiem waniliowym), a to oznacza, że dalekie podróże, małe i duże, pozostają póki co, poza moim zasięgiem. Po trzecie, zdarza się czasem, że moje słoiki znikają ze sklepowych półek, a ja, choć w domu jest mnóstwo jedzenia, nie mam co jeść.

To chyba tyle, jeśli chodzi o moje zdrowie. Raz górki, raz pod górkę, ale ważne, że do przodu. A dzięki Wam, drodzy czytelnicy, podczas tworzenia tego wpisu, umówiłem się do kardiologa i dentysty, i tym samym wykonałem dwa potężne susy w kierunku poprawy mojego zdrowia. Dziękuję!

Chciałem napisać jeszcze kilka słów odnośnie moich umiejętności, o tym co już potrafię, a co jest nadal poza moim zasięgiem, o tym, co już przeczytam i o tym, czego jeszcze nie policzę. O moich umiejętnościach społecznych, kontaktach z rówieśnikami i zabawach z Rodzeństwem. O tym jak bardzo jestem samodzielny lub niesamodzielny, co lubię, a czego nie znoszę. Jednak o tym, żeby nie narażać tego wpisu na to, że nigdy go nie skończę, napiszę innym razem. Bo wierzcie mi, czasem jak ma się za dużo do powiedzenia, nie mówi się nic, a wpis w postaci szkicu, czeka zapomniany bez zakończenia, którego nikt nigdy już nie dopisze.


Kochani! Przypominam Wam, że nowy rok, to nowa szansa na wsparcie mojego rozwoju. To czas, w którym nie ponosząc żadnych strat, możecie dać mi bardzo dużo! Z całego serca zachęcam Was do podzielenia się ze mną Waszym podatkiem. Aby przekazać mi 1% wystarczy wypełnić odpowiednie pola w formularzu PIT:

Numer KRS: 0000037904
Wnioskowana kwota: Kwota 1% obliczonego podatku (zaokrąglona)
Cel szczegółowy 1%: 19237 Bachnik Stanisław

Wasz podatek, to moja terapia logopedyczno-pedagogiczna, moja domowa rehabilitacja, moje wizyty u specjalistów (dwie najbliższe, o których Wam napisałem, to koszt 450zł). To moje dojazdy na zajęcia terapeutyczne, moje turnusy, pomoce naukowe, leki i suplementy. Dziękuję Wam za każdy rozliczony PIT, za każdy grosz, który zasila moje konto w Fundacji Dzieciom „Zdążyć z Pomocą”, za każde udostępnienie mojego apelu i każdą ciepłą myśl.


Wpis “Magiczna liczba siedem” został skomentowany 6 razy

  1. Kiedy czytałam o Euthyroxie i przejściach z Hashimoto, przypomniał mi się problem mojej Mamy – przy leczeniu Euthyroxem słabo reagowała mimo coraz większych dawek, do tego niezmiennie źle się czuła. Jeden z endokrynologów z wieloletnim doświadczeniem zaproponował zmianę Euthyroxu na Letrox i to był strzał w 10. Akurat miał kilku pacjentów, którzy dużo lepiej reagowali na Letrox, a na Euthyroxie było źle, stąd taka propozycja. Udało się dojść do ładu. Może to jest jakaś opcja?

    • Ja się podpisuję pod tym komentarzem. Sama jestem takim przypadkiem, który lepiej toleruje Letrox niż Euthyrox. Można spytać endokrynologa, czy u Stasia może to coś zmienić. Serdeczne pozdrowienia dla całej rodzinki, a szczególnie dla Staszka. Dużo zdrowia i uśmiechów każdego dnia z okazji urodzin! Niedawno byłeś takim maluszkiem, a teraz taki duży, dzielny i mądry z Ciebie chłopiec 🙂

  2. A może Stasiowi do „słoiczka” dolać łyżeczkę Waszej zupy…kolejnego dnia dwie łyżeczki-moze uda się po jakimś czasie, powolutku, przekonać Fistaszka do innych smaków Pozdrawiam serdecznie

    • Z ulubionego serka można by ze Staszkiem zrobić domowe lody dla wszystkich. Może da się namówić na spróbowanie-serek wciąż ten sam, ale nowa konsystencja, forma i temperatura jedzenia

  3. Dzień dobry.Czy w okolicy,w której Państwo mieszkacie nie ma szkół uwzględniających potrzeby takich dzieci jak Staszek?Niekoniecznie mam na myśli szkoły specjalne, ale jakieś z klasami integracyjnymi,które dobrze funkcjonują i z kompetentną kadrą?Szkoda zostawiać Staszka na kolejny rok w przedszkolu.Niech idzie w świat i zdobywa nowe doświadczenia i umiejętności.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *