Mam trzy latka, trzy i pół…

Tego jeszcze nie było… trzy tygodnie zaległości! Tak bardzo chciałem opowiedzieć Wam o wszystkim, a tak bardzo nie mam na to siły i czasu! Wiem już, że nie dam rady przypomnieć sobie każdego szczegółu, więc nawet nie będę próbował. Napiszę tylko kilka słów o tym co było i wracam do teraźniejszości i opowiadania o tym, co jest teraz.

13. – 17. lipca – drugi tydzień III Warsztatów Rozwoju Mowy

Opisałem Wam pierwszy tydzień turnusu zorganizowanego przez Fundację Wspierania Rozwoju „Ja Też”. Chciałem opisać też drugi, ale się nie udało. A teraz, kiedy mam takie zaległości, mogę tylko powiedzieć, że największym turnusowym osiągnięciem jest to, że w końcu zacząłem słuchać na słuchawkach programów słuchowych p. E. Wianeckiej z serii „Słucham i uczę się mówić”. Słuchać i powtarzać. I bardzo to lubię. To aktualnie jedno z najbardziej lubianych przeze mnie ćwiczeń z Metody Krakowskiej, a może i ulubione.Słucham i uczę się mówić Drugim ważnym sukcesem jest to, że mam wielki zapał do pracy. Kiedy nie mam zajęć, kiedy mam dzień wolny, mówię do Mamy „uczyć” i ciągnę ją do pracy.

Każdego dnia po zajęciach staram się robić coś fajnego, wakacyjnego, żeby nie było, że tylko praca i praca… albo spacerki wokół bloku, albo odwiedziny u Babci, albo konie, albo wypad na plażę. Nie zawsze mam ochotę wychodzić z domu, czasem mówię „nie chcę”, „do domu”, bo i tak, tyle czasu przebywam poza nim, że wolę już zostać i mieć święty spokój. Najfajniej jest w piątek, bo to zapowiedź weekendu i dwóch dni wolnego. Po południu jedziemy na plażę do Brzeźna… tam akurat jest okropnie. Strasznie zimno i strasznie brudno, choć na kąpiel i tak mam ochotę.Plaża Brzeźno W drodze powrotnej jedziemy do Biedronki. Wypatrzyłem ananasa, więc naciągam na niego Rodziców. Pokazuję palcem i wołam „ananas, ananas!”. Rodzice podają mi go żeby sobie obejrzał, ale ponieważ polubiłem go od pierwszego wejrzenia, to nie chcę już się z nim rozstawać. Oglądam, dotykam i z uśmiechem na twarzy w kółko powtarzam „ananas”. Z wielką niechęcią wypuszczam go z rąk i pozwalam zważyć i skasować. Ale potem nie odstępuję już go na krok. Całą drogę trzymam go na kolanach ciesząc się przy tym jak łysy do sera…Staszek i ananas A kiedy przychodzi pora spania, też zabieram go ze sobą.

18. – 26. lipca – dziewięć dni wolnego, czyli drugi odcinek wakacji

W sobotę, około południa idę spać. Chciałem zabrać ze sobą ananasa, ale Tata zamiast włożyć mi go do łóżka, kładzie go na przewijaku (którego wcale nie używamy do przewijania, tylko do odkładania różnych rzeczy, np. ananasów). Tata mnie kładzie i wychodzi, a ja ściągam go sobie do łóżeczka, przytulam i zasypiam.Staszek-Fistaszek i ananasPo południu wybieramy się na urodziny mojego Kumpla Maksia. Tak naprawdę, to Maks miał urodziny w maju, ale chcąc skorzystać z ładnej, letniej pogody i obecności swojego taty, imprezę urządził dwa miesiące później, czyli dziś. Dzięki za zaproszenie i wspaniałą zabawę!

Z imprezy urywamy się ciut wcześniej, a to dlatego, że już od dawna mamy zaplanowaną imprezę nr 2. Jedziemy do Starogardu na VI Zlot Weteranów Szos. Ale nie po to, żeby oglądać stare motory i samochody, a dlatego, że imprezie towarzyszą koncerty. W sumie cztery, ale my przyjechaliśmy tu dla jednego i tylko na jednym zostajemy… Sunny Money. To rock’n’rollowa kapela, w której na gitarze gra nie kto inny, jak mój ulubiony gitarzysta i najlepszy na świecie muzykoterapeuta ze Skarszew – Mateusz.Koncert Sunny Money, VI Zlot weteranów szos, Starogard Gdański, Staszek-Fistaszek Z pomocą Mamy wypatrzyłem go na scenie i głośno wołam „Mateusz”. Ależ się za nim stęskniłem!

Mnie to chyba aparat lubi, bo z całej naszej Rodzinki, tylko ja się załapałem na zdjęcie, a nawet na dwa, na facebookowej stronie Starogardu Gdańskiego.

Każdego wolnego dnia staramy się gdzieś wyskoczyć i robić coś fajnego, żeby dobrze wykorzystać te dziewięć dni. Ale najfajniej jest w środę (nie licząc oczywiście ananasowego piątku i urodzinowo-koncertowej soboty)! W trzy lipcowe środy i w jedną sierpniową, w Domu Kultury na Morenie są przedstawienia dla dzieci. Najchętniej poszlibyśmy na wszystkie, ale tak się nie da. Jedno już było, a dwa kolejne będą w czasie mojego turnusu w Skarszewach. Możemy iść tylko raz, tylko dziś, na spektakl „Baśnie Tysiąca i jednej nocy” wystawiany przez Teatr Qfer. Przedstawienie składa się z dwóch części. Pierwsza jest o Alladynie, a druga o Alibabie i czterdziestu rozbójnikach. Bawię się bardzo dobrze! Słucham, komentuję i oglądam. A kiedy przychodzi czas na wspólne klaskanie i śpiewanie piosenki o Persji „per-per, per-per, per-per, per-per, per-per, per-per, per, per, per, per, per, per…”, czynnie biorę w tym udział.

Po przedstawieniu wracamy do domu, a tam dalszy ciąg atrakcji. Najpierw Mama buduje dla mnie i dla Antosia wspaniały dom…

…a potem przyjeżdża do nas Ciocia Gosia, z którą jedziemy na plac zabaw i na konie.

Najfajniej jest też w ostatni weekend przed moim turnusem, kiedy to wybieramy się na Festiwal Globaltica. W zeszłym roku bardzo nam się podobało i mamy wielką nadzieję, że i w tym będzie ekstra.

Festiwal trwa dwa dni, a nawet ciut dłużej. Ale my nie mamy tyle czasu i tyle sił żeby skorzystać ze wszystkiego, więc jesteśmy tu tylko w piątek i w sobotę.

Globaltica, dzień 1.

Przychodzimy w samą porę żeby zaklepać dobre miejsce na koc, zająć miejsce pod samą sceną i razem z pierwszym grającym zespołem rozpocząć imprezę. Koncert zaczyna się o 19:00, a potem kolejny, kolejny i jeszcze jeden.

Załapaliśmy się też na zdjęcia na stronie Trójmiasta i na zdjęcie na facebookowej stronie Festiwalu Globaltica 🙂

Do 22:30 świetnie się bawię, a potem zjadam kaszę i idę spać do wózka. Jest mi ciepło i wygodnie, a na uszach mam słuchawki, więc śpię sobie bez najmniejszych zakłóceń. Antoś śpi obok na kocu, też w słuchawkach, a Rodzice balują dalej. Do domu wracamy po 24:00, ale ja nic o tym nie wiem, bo przeniesiony z wózka do samochodu i z samochodu do łóżeczka, nie budzę się nawet na moment.

Globaltica, dzień 2.

Wczoraj byliśmy przygotowani na maksa. Oprócz wałówki, mieliśmy maty, koce, narzuty i wszystko, co jest potrzebne do wygodnego spania na trawie. A dzisiaj, ponieważ padało przez cały długi dzień, nie zabraliśmy ze sobą ani koca, ani maty, ani narzuty, no bo po co, skoro wszędzie jest mokro? A tu niespodzianka! Deszcz przestał padać, słońce zaświeciło, zrobiło się ciepło i wszystko wyschło. Dobrze, że chociaż wzięliśmy kurtki przeciwdeszczowe, to od czasu do czasu możemy na nich przyklapnąć. Ale nie siedzimy zbyt długo. Koncerty są świetne, więc większość czasu spędzamy pod sceną. Udaje nam się zaliczyć też jeden warsztat literacki dla dzieci. O Mamma Mia, przenosimy się do słonecznej Italii!

26. lipca – wycieczka po zakamarkach Stoczni Gdańskiej

Wczoraj rano nam się nie udało, więc dzisiaj miało się już udać na 100%… no i guzik! Zmęczeni koncertami nie daliśmy rady wstać na tyle wcześnie żeby dojechać do Gdyni i obejrzeć przedstawienia dla dzieci wystawianego przez Teatr Gdynia Główna w ramach Festiwalu Globaltica. Kto późno wstaje, temu przepada fajna zabawa!

Na szczęście fajną zabawę mamy też zaplanowaną na popołudnie i zaraz po mojej drzemce wyruszamy na zwiedzanie zakamarków Stoczni Gdańskiej (zdjęcia przy rowerze zrobione były za zgodą firmy DUX, podczas oglądania Wystawy o Historii Stoczni Gdańskiej).

27. – 31. lipca – pierwszy tydzień turnusu w Skarszewach

Tak się jednak nie da, żeby wszystko zapamiętać i wszystko opisać, chociaż możecie wierzyć mi na słowo, że bardzo bym chciał, bo wszystko co się dzieje wokół mnie jest bardzo ciekawe. Może w przyszłości, kiedy będę już świetnym mówcą, zacznę nagrywać się na dyktafon, a Wy zamiast czytać, będziecie mogli mnie posłuchać 😉

W poniedziałek rozpoczął się mój turnus w Skarszewach. Jak wiecie, jeżdżę tam przez cały długi rok, po trzy razy w tygodniu. Ale kiedy przychodzą wakacje, nie mam tam swoich regularnych zajęć. Zamiast nich są dwa tygodnie Intensywnych Bloków Terapeutycznych, podczas których mam zajęcia z psychologiem, pedagogiem i rehabilitantką. Ćwiczę więc swój rozum, małą motorykę i sprawność fizyczną. Niestety nie załapałem się na trening jedzenia, a bardzo na to liczyłem… tzn. Mama liczyła, bo ja to się akurat cieszę, że nikt mi nie podtyka kotletów pod nos. Jak dla mnie, mogę jeść dzidziusiowe słoiczki przez całe życie. Ale to, czego tak naprawdę bardzo, bardzo mi brakuje, to muzykoterapia. Przez całe dwa tygodnie nie mam grania i śpiewania z Mateuszem i to jest okropne! Zwłaszcza, że nie wiem, kiedy znów się będziemy mogli spotkać na wspólnych zajęciach… bo przecież jak Mania się wykluje, to nie będzie miał mnie kto wozić do Skarszew. A jakby tego było mało, to p. Justyna z przedszkola też jest na urlopie! Eh… parszywe życie 😉

No, ale koniec tego narzekania. Od poniedziałku mieszkam sobie w Starogardzie. Ja, Mama, Antoś, Ciocia Ania i Nastka. Wynajmujemy pokoje w Mieszkaniach Chronionych (które stoją teraz puste) i dzięki temu nie mamy już tak daleko (20km zamiast 50km). Ale wstawać i tak musimy wcześnie! W domu pomaga nam Tata, a tu jesteśmy zdani sami na siebie. Każdego dnia budzimy się ok 7:30, żeby zdążyć się wyszykować i na 9:00 dojechać do Skarszew.

A plan mam taki (ponarzekałbym, ale zarządziłem koniec narzekania, więc zaciskam zęby i nic nie mówię, zresztą najważniejsze, że udało mi się załapać na zajęcia z p. Kasią… a to, że muszę czekać na nie 1,5h… no cóż, na p. Kasię mógłbym czekać nawet cały dzień):

  • 9:00 – 9:30 zajęcia pedagogiczne z p. Magdą w Wiejskim Zakątku,
  • 9:30 – 10:00 terapia ręki z p. Kasią z przedszkola,
  • 10:15 – 11:00 rehabilitacja z p. Anią,
  • 11:15 – 12:00 terapia pedagogiczna z p. Gosią z przedszkola (psychologiem),
  • 12:30 – 13:00 terapia pedagogiczna z p. Olą z OREWu (dopiero od wtorku),
  • 14:30 – 15:00 zajęcia pedagogiczne z p. Kasią.

Intensywne Bloki Terapeutyczne, dzień 1.

Skoro mam tyle zaległości, to nie mogę opowiedzieć Wam o wszystkim, co się dzisiaj działo, ale opowiem kilka słów o zajęciach w Wiejskim Zakątku. Przez cały turnus będę poznawał różne zawody, a przy okazji będę ćwiczył liczenie od jednego do trzech (ciężka sprawa z tym liczeniem, bo coś mi się zupełnie pomieszało i zamiast liczyć 1, 2, 3, liczę 1, 2, 8). Dzisiaj jestem weterynarzem i badam mieszkańców zakątka. Na pierwszy ogień idzie Astor.

Drugim pacjentem jest dzielny królik.

Intensywne Bloki Terapeutyczne, dzień 2.

Wczoraj byłem weterynarzem, dzisiaj jestem kucharzem. Specjalnością szefa kuchni jest surówka wielowarzywna, szaszłyki ogórkowe i ciastka.

Antoś też gotował, więc też karmi…

Turnus trwa, zajęć mam mnóstwo, zmęczony jestem, ale nawet nie myślę o tym żeby protestować w czasie samodzielnego jedzenia! Tak, tak… nauka samodzielności nie poszła w las i cały czas jem „sam” o czym informuję wszystkich dookoła. I powiem Wam szczerze, że daje mi to mnóstwo radości… zwłaszcza, że jem na korytarzu, gdzie wszyscy mnie widzą i chwalą. Pochwała jest wspaniałą motywacją 🙂Samodzielne jedzenieOstatnie zajęcia mam z Kasią. Bez szaleństwa się nie obędzie! Dzisiaj w ramach nauki liczenia wybieramy się na wycieczkę po mieście. Do zoo, do sklepu, do kawiarni, a nawet do kina!Nauka liczenia - wycieczka po mieście

Intensywne Bloki Terapeutyczne, dzień 3.

Dzisiaj na zajęciach w Wiejskim Zakątku jestem fryzjerem. Czesania i obcinania włosów uczę się na lalkach, a zdobytą wiedzę i umiejętności wykorzystuję przy spotkaniu z psem Astorem i koniem Lolo.

Po zakątku, czas na terapię ręki z p. Kasią z przedszkola…

Za to u drugiej p. Kasi, znów przenosimy się do zupełnie innego świata. Dzisiaj zamieniamy się w Indian. Mamy pióropusze i naszyjniki, strzelamy z łuku i tańczymy wokół ogniska. Takie cuda tylko w Skarszewach!

Już po zajęciach. Możemy wracać do Starogardu. Niestety turnusowa pogoda zupełnie nam nie dopisała. Jest zimno, mokro i zupełnie jesiennie, ale mimo wszystko, każdego dnia wychodzimy na spacer. Zwykle zaczynamy od rynku, gdzie drukujemy zdjęcia do naszych Dzienników Wydarzeń. A potem ruszamy do parku na plac zabaw.

Intensywne Bloki Terapeutyczne, dzień 4.

Dzisiaj jesteśmy ostatni dzień w Starogardzie. Mamie źle się śpi poza domem i powoli zaczyna wyglądać jak zombie. Rano nie może pospać, bo żeby dojechać na czas, trzeba wstać najpóźniej o 7:30, w dzień nie odpocznie, bo albo jest ze mną na zajęciach, albo z Antosiem na korytarzu (i tak codziennie od 9:00 do 15:00), popołudniu nie odpocznie, bo zajmuje się nami w Mieszkaniach Chronionych albo na spacerze, wieczorem nie odpocznie, bo trzeba dać nam jeść, wykąpać, położyć i jeszcze poczytać. A w nocy też nie odpocznie, bo nie może zasnąć. W związku z tym, dzisiaj wstajemy jeszcze wcześniej niż zwykle, pakujemy wszystkie manatki i o 8:30 jesteśmy już w drodze do Skarszew. Jedziemy na zajęcia, a zaraz po nich do domu, do Taty. Hurrra!

Pierwsze zajęcia mam w Wiejskim Zakątku. Byłem już weterynarzem, kucharzem i fryzjerem. Dzisiaj jestem ogrodnikiem. Gdyby nie ta okropna pogoda, robiłbym wszystko w ogrodzie… ale jest zimno i mokro, więc sieję i podlewam schowany w domku.

Po kilku zajęciach i wielu przerwach trafiam na terapię pedagogiczną do p. Kasi. Jestem strasznie zmęczony i ledwo daję radę, ale zajęcia (choć niby matematyczne) są tak ciekawe, że mimo późnej godziny znajduję w sobie resztki sił i skupienia, i dzielnie pracuję. Dzisiaj jesteśmy ufoludkami. Lecimy w kosmos!Zajęcia pedagogiczne - ufoludki

Intensywne Bloki Terapeutyczne, dzień 5.

Wczoraj wróciliśmy do domu, ale to nie oznacza, że dzisiaj mamy wolne. Mama jedzie na kolejne szkolenie z Metody Krakowskiej, a ja razem z Tatą i z Antosiem do Skarszew.

Po zajęciach w Wiejskim Zakątku idziemy do p. Kasi (z przedszkola) ćwiczyć nasze rączki. Skoro wszyscy już wiedzą, że Antoś przychodzi ze mną na zajęcia, to starają się przygotować też coś dla niego, żeby też się świetnie bawił.

Zmęczony turnusem jestem nie tylko ja… zamiast latać po korytarzu w czasie przerwy, zalegamy na fotelach – Jasiek, Lenka, ja i Antoś.sjestaTacie, to się zawsze uda! Kiedy przez cztery dni przyjeżdżaliśmy na zajęcia z Mamą, nigdy nie udało się niczego przesunąć i zawsze kończyliśmy o 15:00. Tata przyjechał raz i okazało się, że nie ma jakiegoś dziecka, więc w czasie jednej z przerw wskakuję na to miejsce do p. Kasi. Zamiast kończyć o 15:00, kończę dziś o 13:00. Wspaniale!

A dzisiaj u p. Kasi jesteśmy kowbojami. Ihaha!

Mama oczywiście strasznie żałuje, że nie pojechała z nami i nie mogła zobaczyć tego szaleństwa na własne oczy. No, ale nie można mieć przecież wszystkiego… 😉


Skoro skończyliśmy tak wcześnie, a Mama jest na szkoleniu, a w domu jest pusto, to zamiast wracać do siebie jedziemy na obiad i na plac zabaw do Babci Bożenki.

PS A z samego rana kiedy Mama jeszcze spała, wydarzyła się taka oto historia…, albo nie!, opowiem Wam wszystko od początku… Od jakiegoś 1,5 miesiąca, może trochę dłużej, moje „r” brzmi jakoś inaczej. Wcześniej, kiedy „r” było zupełnie poza moim zasięgiem, używałem w jego zastępstwie „l”, albo w ogóle „r” pomijałem. Tydzień temu w środę byliśmy na przedstawieniu „Baśnie tysiąca i jednej nocy”, wystawianym przez Teatr Qfer. W czasie spektaklu aktorzy i dzieci śpiewali piosenkę o Persji „per-per, per-per, per-per, per-per, per-per, per-per, per, per, per, per, per, per…” (o czym pisałem Wam ciut wyżej). Piosenka wpadła mi w ucho i zapadła w pamięć, i często ją śpiewałem, uderzając przy tym rytmicznie w dłonie. Śpiewałem i śpiewałem, a moje „r” brzmiało coraz bardziej „errrowato”.
No i się stało! Dzisiaj rano, po raz pierwszy w życiu, moje „r” zabrzmiało, jak prawdziwe, dorosłe „r”. Kiedy zobaczyłem wiszące na suszarce pranie powiedziałem „pranie”! Nie „panie”, nie „planie”, nie „pjanie”, nie „phanie”, ale „pranie”. Najprawdziwsze, najwyraźniejsze, najdoroślejsze, idealnie brzmiące „PRANIE”.

2. sierpnia – „mam trzy latka, trzy i pół…”

mam 3 latka, 3 i pół

  • Największym sukcesem minionych dni jest to, że od dwóch tygodni jem samodzielnie! Niby potrafię to już od dawna, ale do tej pory rzadko korzystałem z tej umiejętności. Tak było mi wygodnie i tyle, a skoro Rodzice za bardzo nie protestowali, to i ja nie zamierzałem się usamodzielniać. Serki owszem… jadłem sam, jogurcik też choć mniej chętnie, naleśniki tylko sporadycznie. Ale po akcji, którą urządziłem na turnusie z Fundacji „Ja Też”, Mama postanowiła, że koniec tego dobrego i że zaraz po drugim tygodniu pracy nad rozwojem mojej mowy, weźmiemy się w domu za rozwój mojej samodzielności. I tak też się stało. 18. lipca ruszyliśmy z programem „Zjedz to sam”, a karmienie przeminęło z wiatrem. Nie pomagały prośby, ani groźby, ani obrażania się, ani płacz na sucho, ani płacz ze łzami, ani histerie. Nie pomagało odsuwanie miski i hasło „karmić”. Skończyło się, przepadło. Rodzice postanowili i nie ma już odwrotu. Jedną wpadkę zaliczyła tylko Babcia Bożenka… i po kilku dniach ciężkiej pracy moich Rodziców, wbrew zakazowi… wzięła i nakarmiła mnie obiadkiem. To dało mi nadzieję na to, że Staszkoobsługa jeszcze powróci i przez kilka kolejnych dni ostro protestowałem i broniłem się przed samodzielnością. Wolałem nie zjeść nic, niż zjeść sam. Ale konsekwencja Rodziców zdziałała cuda i teraz nie mam już z tym problemu. Jem sam i bardzo to lubię, a jak ktoś mnie pochwali, to już w ogóle jest wspaniale i cały promienieję.
  • Zgrzeczniałem! Nie żebym był kiedykolwiek niegrzeczny… co to, to nie, ale faktem jest że od jakiegoś czasu byłem dzielnym buntownikiem i protestowałem kiedy tylko nadarzyła się taka okazja. Ale zamiast protestować z klasą i przedstawiać konkretne argumenty, wolałem wymuszać wszystko płaczem (nie ważne, że bez łez, ważne że głośno). A teraz oczywiście nadal mam swoje zdanie i kiedy czegoś nie chcę, to mówię „nie chcę”, ale nie buntuję się i nie obrażam z byle powodu. Myślę, że jest to związane z tym, że Rodzice zaczęli wymagać ode mnie samodzielności przy jedzeniu. A kto je samodzielnie, przestaje być małym bobasem i staje się prawdziwym mężczyzną, a jak ktoś jest prawdziwym mężczyzną, to nie mazgai się z byle powodu, tylko jest dzielny, silny, mądry i odważny. Ot co!
  • Jestem chętny do pracy, zwłaszcza w domu. Nawet jak wracam z turnusowych zajęć, to często mówię „uczyć” i ciągnę Mamę do pracy. No i wreszcie polubiłem słuchanie płyt z serii „Słucham i uczę się mówić”. Bez problemu mogę przesłuchać kilka płyt pod rząd, oglądając obrazki w książeczkach i powtarzając na głos to, co usłyszę w słuchawkach. Tylko słuchawki muszę nowe kupić, bo teraz korzystam z takich dorosłych, które są dla mnie o wiele za duże.
  • Cały czas chodzę bez pieluchy. Wpadki czasem się jeszcze zdarzają, ale tylko sporadycznie. W nocy niestety nadal z pampersem, bo choć piję raczej mało, to siusiam bardzo dużo i nawet jak mnie Rodzice wysadzą z samiutkiego rana, to i tak pielucha jest zupełnie mokra (choć raz na jakiś czas zdarza się takie święto, że wstaję z suchą pieluchą). Za to bardzo często wysadzam się sam. Zdejmuję portki, zdejmuję gacie (tak je właśnie nazywam) i z książką siadam sobie na nocniku. Na ogół Rodzice dowiadują się o tym dopiero wtedy, kiedy niosę im swój urobek, żeby wylali go do kibelka. Podciąganie majtasów idzie mi trochę gorzej niż ściąganie. Przód ok, bo wszystko widzę, ale pupa często zostaje nieschowana.
  • Mówię i mówię, i mówię coraz więcej! Sklejam coraz więcej słów. Coraz częściej buduję zdania (np. Staś je obiad”). Nie ukrywam, że największą rolę w tym moim rozgadaniu odegrał Dziennik Wydarzeń i fakt, że codziennie do niego zaglądamy. Każdego dnia wklejamy nowe, aktualne zdjęcie, każdego dnia je opisujemy i każdego dnia wracamy do zdjęć wcześniejszych, o których rozmawiamy.
  • Zacząłem mówić „r”! Coś pomiędzy „l”, a „r” mówię już od jakiegoś 1,5 m-ca, ale dwa dni temu (31. lipca) po raz pierwszy w życiu wyszło mi ono tak zgrabnie, tak prawdziwie i tak dorośle. „PRANIE” – z pierwszym prawdziwym „R”. To oczywiście nie oznacza, że teraz mówię „r” zawsze i wszędzie, kiedy jest taka potrzeba. Czasem mi wyjdzie, czasem nie, ale pierwsze koty za płoty…
  • Ah, no i banan powrócił! Po kilku miesiącach niejedzenia bananów, wczoraj zażyczyłem sobie żółty owoc i zjadłem calusieńkiego.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *