Jak Kuba Bogu, tak Bóg Kubie

Tata wyjmuje z lodówki otwarty wczoraj jogurt i próbuje dać mi go na śniadanie. Nic z tego. Wczorajszego jadł nie będę. Czasu jest mało, więc Tata szybko odpuszcza. Stary chowa, wyjmuje nowy. Świeżo otwartą Jogobellę mieszamy z jogurtem greckim i nasionkami chia, i gotowe. Szybko zjadam, myję zęby i mogę ruszać.

Jedziemy na turnus. W tym roku, po raz pierwszy, turnus odbywa się w szkole podstawowej na Kołobrzeskiej. Bardzo mi się tu podoba. Jest czysto, przestronnie, a Panie dbające o porządek są wyjątkowo miłe. Zawsze się do mnie uśmiechną, zamienią słowo, przywitają, kiedy wchodzę i pożegnają, kiedy wychodzę.Wczoraj trzymaliście za mnie kciuki i podziałało. Pięknie pracowałem na wszystkich zajęciach. A dzisiaj… na pierwszych zajęciach nie odzywam się ani razu. Na drugich, sportowych, na których wczoraj dałem z siebie wszystko, dziś robię niewiele. Wygląda na to, że moje baterie się wyczerpały i potrzebuję trochę spokoju i odpoczynku. Podczas długiej przerwy zjadam naleśniki z niewielką ilością nasionek chia i dwa banany. Zbieram siły, żeby na kolejnych zajęciach wziąć się już do pracy. I rzeczywiście, krótki odpoczynek i konkretne drugie śniadanie sprawiają, że na kolejnych zajęciach pracuję bez zarzutu. Wracamy do domu. Mama siada w fotelu żeby odpocząć, ale zaraz ją stamtąd wyciągam. Przecież mieliśmy robić obiad! Idziemy do kuchni i bierzemy się do pracy. Razem z Mamą obieram ziemniaki. Obierak zjeżdża mi z kartofla i zamiast ściągnąć skórkę z niego, ściąga naskórek z mojego paluszka. Już nie chcę obierać ziemniaków. Mama przykleja mi plasterek, a ja z ochotą biorę się za fasolki szparagowe. Wyciągam je z naszego wielorazowego woreczka, kładę na desce, całkiem sam obcinam końcówki i wrzucam do parowara. Mama w tym czasie kończy obierać ziemniaki, myje kalafiora i szykuje kotleciki. Przyprawione kotleciki czekają w misce. Parowar nastawiony, a w nim, na trzech piętrach, szykuje się nasz obiadek. Na dole ziemniaki, piętro wyżej fasolka, a na samej górze kalafior. Zostawiamy to wszystko i jedziemy po Marysię.

Kiedy wracamy do domu, każdy je swoje. Mama i Maniuta (Tata jest jeszcze w pracy, a Antoś na wakacjach z Babcią Asią) wciągają kotlety, ziemniaki, fasolkę szparagową i kalafiora, a ja mój żółty obiadek…O nie! Zaraz, zaraz… Przyniosłem do kuchni żółty obiadek, a w mojej misce jest… yyy! Ohyda! Zielony! Wystarczyło spuścić Mamę na chwilę z oka, wystarczyło pójść do przedpokoju i w moim turnusowym worku na jedzenie poszukać pojemnika z nasionkami, wystarczyło wrócić do kuchni, żeby się przekonać, że Mama zrobiła coś okropnego.Nie zamierzam tego jeść! Wygląda okropnie i na pewno okropne jest też w smaku. Zamiast gryźć obiad, gryzę palce, jęczę, płaczę, lamentuję. Nie będę tego jadł. Mama ze mną rozmawia, przytula, próbuje mnie uspokoić, z zewnątrz jest jak Pacyfik, ale wewnątrz zaczyna się sztorm. To wszystko jest bardzo trudne… dla nas wszystkich. Ale ja jestem twardy. Jak coś postanowię, to postanowię. Nie daję się przekonać. Wychodzę z kuchni i po chwili wracam z nowym, żółtym obiadkiem.Mama mówi, że nic z tego. Muszę zjeść zielony, albo żaden. Żaden byłoby łatwiej. Mama jednak się nie poddaje. Bierze mnie na ręce, tuli i kołysze jak małego dzidziusia. Całkiem uspokojonego, sadza mnie na krzesełku. „No dobra” – mówię – „Zjem ten obiadek, ale trzeba pomóc!”. Mama pomaga. Łyżkę za łyżką wprowadza do mojej buzi, a ja z niemałym trudem połykam. Szczególnie trudne są dwie pierwsze łyżeczki. Niewiele brakuje, żeby z kaszlem wyskoczyły z powrotem do miski. Udaje mi się jednak zatrzymać je w buzi i połknąć. Z kolejnymi idzie już łatwiej.Młody, sproszkowany jęczmień, który Mama dodała do mojego obiadku, zmienił wszystko. Jest inny smak, inny zapach, inna konsystencja, inny kolor. Mama uparcie twierdzi, że zmienił się tylko kolor i że to nic takiego. Nie wie o czym mówi, ale… zaraz się dowie. Skoro tyle razy robiła mi psikusa, to teraz ja zrobię jej. Skoro mówiła, że obiad posypany zielonym proszkiem, to nic takiego, to na pewno nie będzie jej przeszkadzać, kiedy jęczmień znajdzie się na jej talerzu.Wysypuję duży kopiec na jej kotleta i mały kopiec na resztkę ziemniaków. Mówię „no jedz!”, a Mama je. Szczerzy się, ale na moje oko, zupełnie nieszczerze. Połyka duże kawały, zupełnie jak gęś i wreszcie czuje to, co ja. Że zmieniło się wszystko, że faktura jest taka, jakby jedzenie wpadło w popiół, jakby całe było zakurzone, że ziemniaki są zielone jak trawa, zamiast pyszne, apetyczne, lekko żółte, że krucha, wilgotna pyrka, zamieniła się w jakąś taką suchą, gęstą kulę, która z trudem przeciska się przez gardło, że apetyczny zapach warzyw przygotowanych na parze, skrył się pod zapachem zielonej, suszonej trawy, tak że właściwie Mama nie czuje, co je. Teraz już wie, jak to jest. Jak Kuba Bogu, tak Bóg Kubie.Mama nie pozostaje mi dłużna. Kończy swój obiad i otwiera jedną z fasolek szparagowych. Wyciąga z niej 5 małych fasolek i potajemnie wrzuca do mojej miski. Miesza, miesza i pakuje mi do buzi. Zielony „żółty obiadek” z pięcioma fasolkami jest już w moim brzuszku. Mama pokazuje, co żem zjadł, ale nie robi to na mnie szczególnego wrażenia. Zjadłem? Okej.Po obiedzie, jem obiad. Ten drugi, który sobie wcześniej przyniosłem. Tym razem bez zielonych dodatków, za to z nasionkami chia. Mmmm, jaki pyszny jest mój żółty obiadek! Mama spogląda na stół i widzi, że te pokazowe fasolki, które wydłubała tylko po to, żebym mógł zobaczyć, co przed chwilą zjadłem, leżą tak sobie bez sensu, więc bach mi je prosto do miski. Miesza je z nasionkami chia, a ja opróżniam miskę do zera.Na deser po dwóch obiadkach, planowałem zjeść dwa serki, ale niestety nie mam już na nie miejsca.

Idę się bawić. Nie mam jednak zbyt wiele czasu, na swobodne igraszki, bo wkrótce przyjeżdża Kukasz i zaczynamy nasze ćwiczenia.Ciężki to dzień. Pięć godzin turnusu, gotowanie obiadu, a teraz rehabilitacja. Jak zasnę, to będę spał dwa dni. Ale zanim pójdę spać, zjadam na kolację kaszkę manną zmieszaną z owsianką, przygotowane na mleku od krowy sąsiada rolnika.

Dobranoc! Trzymajcie kciuki, co bym w środę, czwartek i piątek, pracował lepiej niż dziś.


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *