Aaaaaa… tam jest coś czerwonego!

To już 9. dzień…

…zmian w moim jadłospisie. Idzie mi całkiem dobrze, więc Mama postanawia podnieść poprzeczkę. Szykuje mi na śniadanie miks, jakiego jeszcze nie było. Jogurt malinowy Jogobella + naturalny Bio Jogurt Milbone + świeże maliny.Wszystko oczywiście miesza i zgniata, żebym się przypadkiem nie zorientował, nie dowiedział, że czegoś tam nawrzucała, że jest inaczej niż powinno.Jednak moje sokole oko, od razu dostrzega intruza. Wiecie, jaki kolor mają maliny w Jogobelli? Ja wiem. Sino-różowy. A wiecie, jaki kolor mają świeże maliny? Zupełnie inny! Intensywnie różowo-czerwony. Jakiś taki krwisty, trochę straszny. Taki, że nie da się go nie zauważyć. Nowe farfocle widać na kilometr, także dziękuję, ale nie… Wyciągam z lodówki produkt bezpieczny – zamknięty jogurcik w znanym mi opakowaniu. Ten mogę zjeść, nawet z zamkniętymi oczami. Mama się poddaje. Może faktycznie, składników było już za dużo? Może jest jeszcze za wcześnie? Zwłaszcza, że próbując moją mieszankę, sama nie była pewna, czy to przejdzie. Zamiast się nią delektować, martwiła się, że pestki malinek są wyczuwalne, że mieszanka nie jest tak gładka, jak oryginalny jogurcik.

Jednak to, że się poddaje, wcale nie oznacza, że całkiem odpuszcza. Bierze miskę na bok, bierze Jogobellę i naturalny Bio Jogurt i miksuje. Zjadam całą porcję, a potem jeszcze jedną (w sumie jeden, prawie cały naturalny jogurt Milbone i jeden duży, malinowy jogurt Jogobella).Deklaruję, że zjem również ten, którego wcześniej nie chciałem (ten z rozgniecionymi malinkami). Niestety, po zjedzeniu dwóch miseczek, jestem tak pełen, że na tą trzecią, nie mam już miejsca. Czy ostatecznie bym ją zjadł? Czy fragmenty świeżych malinek przestałyby mi przeszkadzać? Czy pestki nie kłułyby mnie w zęby? Czy by mi posmakowało? Tego nie wiedzą nawet najstarsi górale.

Na obiad w przedszkolu podają dziś zupę i drugie danie (które w przedszkolu występuje jako pierwsze) – kaszę z gulaszem i buraczkami. Jednak, jak to mam w zwyczaju mieszam i udaję, mieszam i udaję.

Jadąc po nas do przedszkola, Mama zajeżdża do Lidla po małe banany. Nie jadłem ich od kilku dni, więc chce mi je zaproponować. Niestety nie ma ku temu okazji, bo na mojej półeczce w szatni czekają dwa, pełnowymiarowe banany, które od razu zgarniam, żeby zjeść w drodze powrotnej do domu.

Pamiętacie, że wczoraj nie podeszła mi kaszka na kozim mleku? Wszystko dlatego, że chwilę wcześniej zjadłem kaszkę na mleku krowim, a powiem Wam, że te mleka tak bardzo różnią się od siebie smakiem i zapachem, że połączone z tą samą kaszką, tworzą dwie różne potrawy. Nie wierzycie? Spróbujcie wypić kawę z kozim mlekiem!Dzisiaj, jak widać, nie mam jednak problemu z kaszką na kozim mleku, a to dlatego, że od wczoraj nie jadłem takiej na krowim. Uwaga! W drugą stronę, to nie kłopot. Owsianka na mleku krowim, zawsze mi smakuje.

10. dzień

Nie minęło jeszcze pół godziny od przyjęcia przeze mnie euthyroxu, a ja już jestem gotowy do śniadania. Wyjąłem z lodówki dwa duże, malinowe jogurty Jogobella i czekam. Czekam i czekam, i marudzę, że jestem taki głodny, że ho ho. Mama znajduje w lodówce wczorajszą mieszankę i robi zamianę. Zabiera jeden z malinowych jogurtów i chowa go  w lodówce, a z wczorajszej miski, przekłada jedzenie do dzisiejszej. Stawia mi przed nosem, a ja, niczego nie świadomy, zabieram się do jedzenia. Jednak Mama mówi, że muszę jeszcze poczekać. Czekam i czekam. Strasznie długo. Kiedy alarm w końcu dzwoni i oznajmia, że mogę już jeść, na jedzenie nie mam ochoty. Mama namawia, ja odmawiam. Mama wychodzi z kuchni, ja zaczynam jeść. Jednak jogurt mi nie smakuje. Nie chcę go jeść. Znowu trafiła mi się podróbka. Mama opada z sił. Tak bardzo by chciała, żeby szło to szybciej, żeby było łatwiej, żeby było zwyczajnie. Siedzę u Mamy na kolanach i oboje jesteśmy smutni i zupełnie bezradni. Jak tu przejść do spaghetti, kanapki, zupy, rybki, czy kotleta, skoro jogurt jest tak wielkim problemem?Kilka minut później, kiedy Mama po raz kolejny odmawia mi naleśniczków ze słoiczka, decyduję się na jogurt. Ten, co jest w miseczce, nie bardzo mi pasuje. Ma jakąś taką dziwną konsystencję. Nakładam na łyżeczkę, odwracam ją i pokazuję Mamie, że „jogurt ucieka”. Wolę, kiedy jest bardziej gęsty. Proszę Mamę, żeby dołożyła do miseczki dużo Jogobelli. I to już jest duży postęp. Gdyby taka sytuacja wydarzyła się wcześniej, zjadłbym nowy jogurt z nowej miseczki, albo prosto z kubeczka, a nie łączył go z tym, który mi nie pasuje. Mama specjalnie nie miesza tych jogurcików tak, aby raz podawać mi jeden, raz drugi, a czasem dwa obok siebie.Pewnie Was zastanawia, dlaczego mówię „podawać mi”? Otóż dlatego, że potrzebuję siedzieć u Mamy na kolanach i bardzo potrzebuję żeby mnie pokarmiła. Mama karmi mnie powoli, tak abym miał czas i możliwość aby zobaczyć jak wygląda, jak pachnie i jak smakuje moje jedzenie.W przedszkolu zjadam jedynie banana i naleśniczki ze słoika. W misce z zupą i na talerzu ze zwykłymi naleśnikami, tylko mieszam. Pani mówi, że zawsze tylko mieszam, że nie zjadłem ostatnio wody z zupy i… w sumie to teraz nie wiadomo. Czy zjadłem, ale nie mam na to dowodów? Czy wymyśliłem? Czy udawałem tą moja wielką radość? Czy to w ogóle możliwe? A może chodziło mi o lizanie łyżki sprzed kilku dni? A może pani po prostu nie widziała, że zjadłem? Zbyt dawno to było, żebym sobie przypomniał.

Mama odbiera nas z przedszkola. W drodze do samochodu pytam, czy ma dla mnie duże, żółte banany. Patrzcie, jaki muszę być teraz dokładny! Nie wystarczy zapytać: „Mamo, czy masz banany?”, bo nigdy nie wiadomo, co tam dla mnie przyniesie. Niestety dzisiaj przyniosła małe (baby bananas), także rezygnuję z posiłku.

Za to w domu (wiem, wiem, nie miało być żadnego „za to” ani „zamiast”) zjadam dwie porcje kaszki. Pierwszą na mleku kozim z kartonika, drugą na mleku krowim z kartonika.Antoś i Marysia jedzą w tym czasie prawdziwy obiad, ale ja… nie mam na niego ochoty.Zęby umyte, pora iść spać. Ale, co tam! Zajrzę jeszcze do kuchni. Na talerzyku znajduję przekrojoną cebulę. Dotykam, biorę do ręki, a Mama proponuje: „spróbuj”. Bez przymusu, na luzaku, wbijam zęby w cebulę. A kiedy Tata wchodzi do kuchni, robię powtórkę. Gryzę (nie mylić z odgryzaniem), liżę i przypominam, że… już wkrótce będę mógł odwiedzić Dziadka na Majorce.


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *