Dramat w pociągu, czyli 1. dzień Warsztatów Rozwoju Mowy w Fundacji „Ja Też”

Nie pamiętam, kiedy ostatni raz napisałem Wam coś o tym jak i czego się teraz uczę. Wiąże się to z tym, że kiedy ja się uczę, mój sekretarz (czyt. Mama), zamiast siedzieć obok i obserwować, jest gdzieś z Marysią i się nią zajmuje. Ale dzisiaj jest zupełnie inaczej. Przynajmniej na początku.

Pierwsze turnusowe zajęcia zaczynam o 8:00, a to oznacza, że muszę wstać bardzo wcześnie. O 6:40 przychodzi do mnie Mama. Odsłania okna i na łyżeczce z wodą, podaje mi rozgnieciony Euthyrox – moją codzienną dawkę 50 µg. Teraz mam 30 minut na to, żeby zrobić siusiu, odświeżyć się i ubrać oraz przygotować sobie śniadanko – dwa jogurciki malinowe Jogobella.

Po śniadaniu, idziemy z Mamą myć zęby. Mama swoje, ja swoje. Wkładamy sandałki i bierzemy nasze tobołki. Mama swoje (kubek, kawę, herbatę, mleko, cuksy i batoniki zbożowe), a ja swoje (chusteczki, zeszyt, wodę, naleśniki Hipp, obiadek z indykiem Bobovita, serek Danio, banana, miskę i dwie łyżki). Ruszamy.

Na drodze, za zjazdem z obwodnicy są korki, bo jeden pas jest zablokowany. Przez to tracimy kilka cennych minut i o te kilka minut spóźniam się na pierwsze zajęcia.

Iwona już czeka. Bardzo ją lubię. Jednak dzisiaj nie mam ochoty na naukę. Po wypoczynku na wsi, po zabawach na świeżym powietrzu, po beztroskim czasie spędzonym z Babcią i Przyjaciółmi, nie jest łatwo usiąść przy stoliku i pracować. Dlatego się trochę buntuję.Zaczynamy i kończymy na sekwencjach, a właściwie na jednej sekwencji, bo tylko tyle udaje mi się dzisiaj zrobić. Najpierw się obrażam, potem świruję, potem nie chcę, potem troszkę pracuję, a potem znów się obrażam i kółko się zamyka. Zadanie nie jest trudne, tylko trudno mi się za nie zabrać.Iwona rozłożyła przede mną sześć klocków w trzech kolorach. Żółty, zielony, czerwony, żółty, zielony, czerwony. Ja mam ułożyć pod spodem tak samo. Jak już zaczynam, to bez mrugnięcia okiem kończę. Pestka! Niestety pociąg Iwony odjeżdża, a mój musi się wydłużyć. Musi być taki długi, że hej! Taki długi żeby zużyć wszystkie klocki. Wcale mi się nie chce…, aż do momentu, kiedy zaczynam wymieniać, kto się musi w nim zmieścić.Tata i Mama, Antoś i Marysia. Babcia Asia i Dziadek Michał. Figa, Tofik, Sonia i Monia. Pani Asia, Pani Agnieszka, Pani Kasia i Pani Ania. Nikodem, Kuba Ligowski, Kuba …, Dawid, Misia, Basia, Wojtuś, Maja, Iza. Babcia Bożenka, Ciocia Myszka, Wujek Robert, Wujek Łukasz, Ciocia Gosia i Lucas. Dużo nas pojedzie tym pociągiem. O ile w ogóle powstanie, bo budowanie idzie mi jak krew z nosa. A nawet jak już idzie, to co jakiś czas robię różne psoty i kładę obok siebie dwa takie same wagony, udając że wszystko jest ok.Z mozołem, z wielkim trudem i jeszcze większą niechęcią, ukończyłem mój projekt. Pociąg jest gotowy. I wiecie co? Iwona chce mi go popsuć! Tak, tak. Tak jak ja wcześniej robiłem psikusy Iwonie, tak i ona chce mi teraz zrobić psikusa. Mówię, że nie chcę, mówię żeby sobie poszła, trzymam ją…Wszystko na nic! Zepsuła! Zepsuła mój pociąg! Mój, nad którym tyle pracowałem. Co za dramat! Co za straszność! Co za potworna potworność!Mam taką zasadę. Kto zepsuł (nawet jeśli zepsuł po to, żeby mnie czegoś nauczyć), ten naprawia. Także nie poddaję się i płaczę tak długo, aż mój wspaniały pociąg zostaje zreperowany. W końcu wszystkie klocki wracają na swoje miejsce, a my rozstajemy się w pokoju. Jutro też będziemy się razem bawić!

Na drugie zajęcia idę z ochotą. Zaraz zacznie się wielka gra, sportowe emocje i niezły wycisk. Czekamy niecierpliwe na dużej sali, ale nikt się nie pojawia. Zamiast zajęć, mamy bardzo długą przerwę. Nie narzekamy jednak wcale. Potrafimy się zająć sami sobą. Biegamy, siłujemy się, pchamy wózek, robimy wygibasy.

Fifi traci zęba, ja go znajduję. Mówię Wam, świetna zabawa, ubaw po pachy!

Tyle miałem czasu! Ponad godzinę przerwy! Ale za jedzenie biorę się dopiero wtedy, kiedy jest pora aby pójść na kolejne zajęcia. Ada już czeka, a ja sobie jem obiadek. Mama zanosi tobołki do sali i od razu uprzedza Adę, że jestem po wakacjach, że niby wypoczęty, a jednak trochę zmęczony, że nie tak łatwo wskoczyć do pociągu, kiedy przez kilka dni, siedziało się w polu.

Także Ada już wie, że musi zacząć od trzęsienia ziemi, a potem ma być jeszcze lepiej! No i zaczyna… od mojej ulubionej Kici Koci! Takie cuda, tylko tutaj!Kicia Kocia trochę pomaga, a trochę nie. Tak to jest z tymi super bohaterami. Dlatego najpierw uczy się ze mną, a potem zmyka robić siku i już nie wraca.

U Ady idzie mi trochę lepiej, ale nadal z mozołem… kręci się, kręci koło za kołem, ale przyspieszyć coś nie chce. Zupełnie inaczej niż w mojej ulubionej „Lokomotywie” Juliana Tuwima.

Zaczynamy od układanek lewopółkulowych. Jestem niezły w te klocki i z Magdą robię takie ogromne układanki, że ledwo mieszczą się na stole, ale teraz… teraz są wakacje, ja jestem po urlopie i tak jakoś wszystko wolniej i słabiej mi wychodzi. Poza tym Ady układanki są oszukane! Nie wystarczy włożyć takie same dinozaury w odpowiednie otwory. Co to, to nie! One jeszcze muszą patrzeć w tę samą stronę! W ogóle nie zwracam na to uwagi i potem, kiedy sprawdzamy, muszę wszystko poprawiać. Ada mnie wrobiła! To nie były proste, czteroelementowe układanki dla juniorów, tylko układanki z trudnymi obrotami dla seniorów. Drugie zadanie, to właśnie czytanie. Powiem Wam, potrafię lepiej i mam nadzieję, że w trakcie turnusu, uda się jeszcze to nagrać, bo tu, nie za bardzo mam się czym pochwalić, ale że dawno nie było u mnie filmików, a jeszcze dawniej filmików z krakowskiej, a jeszcze dawniej filmików z czytania, to wrzucam. Niech stracę.

Trzecie zadanie, to wykluczanie. Niby nie jest trudne, ale przecież każdy patrzy na świat swoimi oczami, każdy ma inne doświadczenie, więc każdy może inaczej wykluczać.Najważniejsze, żeby swoją odpowiedź, umieć uzasadnić. I tak np. kiedy Ada wykluczyłaby zupę, bo zupa, to nie słodycze, ja odrzucam lody. Lody są zimne!Kiedy odrzucam rolki, dlatego, że mają kółka, Ada odrzuciłaby kapelusz, gdyż jako jedyny nie pasuje na nogi.Fajnie tak czasem razem powykluczać i pogadać o tym, co się widzi. Fajnie jest poznać punkt widzenia drugiej osoby.

Pewnie się dziwicie, dlaczego Mama siedzi ze mną na zajęciach, obserwuje, robi zdjęcia i kręci filmy. Pewnie zastanawiacie się, gdzie jest Marysia, skoro nie tu. Wyobraźcie sobie, że Marysia śpi jak śpioch i Tata przywozi ją w połowie moich trzecich zająć, czyli zajęć z Adą – LOGADĄ. Także kiedy Mama wychodzi umyć moje okulary, to wraca już tylko po to, żeby mi je oddać. Koniec tego dobrego. Musi teraz zaopiekować się moją Maryśką, a ja muszę dalej dzielnie pracować.

Czwarte zajęcia, to cudowne zajęcia muzyczne z przesympatyczną Sylwią z Energetywki. I muszę Wam powiedzieć, że choć cały czas czekałem na Agnieszkę Birecką, choć cały czas liczyłem na to, że jednak przyjdzie, to po raz pierwszy, nie jest mi smutno i po raz pierwszy nie jestem rozczarowany tym, że jej nie ma. Sylwia jest świetna!

Zaczynamy od zabaw z chustą. Wszystko po to, aby udało nam się zrobić ładne koło. Takie nie za bardzo kanciate i przy okazji okrągłe. Także trzymamy chustę, machamy nią do góry i na dół, robimy wielki wiatr i chowamy się pod spodem, a potem siadamy wkoło jej brzegów.

Skoro już wiemy jak wygląda kółko, to czas się przywitać. Kładziemy sobie woreczki na głowie, a potem się kłaniamy i mówimy „dzień dobry” oraz podajemy swoje imię. Ja jestem „Stasiu” 🙂Ale położenie woreczka na głowie, to tylko jedna z wielu rzeczy, którą można z nim zrobić. Dlatego też masujemy nim sobie rączki i brzuszki, mówiąc wierszyk: „Kipi kasza, kipi groch…”, gramy na nim jak na bębenku, używając do tego rączek i nóżek, budujemy z niego ścieżkę, po której wędrujemy, a wszystko to z muzyką w tle i śpiewem na ustach.Po woreczkach, w ruch idą marakasy (z którymi ćwiczymy przeciwności wysoko-nisko, daleko-blisko) i żabki.Potem Sylwia rozdaje nam chusteczki. Któż by przypuszczał, że tyle można z nimi robić! Kręcić wokół siebie, podrzucać i patrzeć jak opadają, dmuchać na nie, zwijać i zamykać w dłoni, a potem patrzeć, jak rozkwitają, składać na pół, na pół i jeszcze raz na pół, a wszystko to przy pięknej, relaksującej muzyce. Jeszcze jeże. Mama masowała mnie takimi jeżami, kiedy byłem małym nieborakiem. Mówiła wtedy ten sam wierszyk, którego dzisiaj uczymy się z Sylwią: „Idzie jeż, idzie jeż, może pokłóć rączki też. Idzie jeż, idzie jeż, może pokłóć nóżki też. Idzie jeż, idzie jeż…”.Jeszcze tylko taneczna piosenka na pożegnanie i mogę zmykać na ostatnie zajęcia. Do zobaczenia jutro!

Już dawno minął czas, kiedy to ufnie podchodziłem do obcych, kiedy podawałem rękę komuś, kogo widziałem po raz pierwszy, kiedy beztrosko gawędziłem ze świeżo poznaną osobą. A tu taka niespodzianka! Ostatnie zajęcia mam z całkiem nowym Mateuszem. Do Mateuszów mam słabość, to fakt. Uwielbiam Mateusza, który był kiedyś w Skarszewach, uwielbiam Mateuszka, mojego małego Przyjaciela. Ale ten Mateusz jest całkiem nowy! Pierwszy raz widzę gościa na oczy i wiecie co? Przytulam go, jak swojego! Jak kumpla, którego bardzo lubię i bardzo dobrze znam, jak kolegę, za którym się bardzo stęskniłem. Takie buty! Także, nowy Mateusz, gadający matowym językiem, wpada do kolekcji moich ulubionych Mateuszów. PS Pozdrawiam serdecznie, tych co rozpoznali we mnie Fistaszka, a szczególnie Kubę, jego mamę Kasię i jego siostry 🙂


Jeden komentarz do wpisu “Dramat w pociągu, czyli 1. dzień Warsztatów Rozwoju Mowy w Fundacji „Ja Też”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *