Pojadę do Dziadka na Majorkę!

Kiedy na dworze zaczyna robić się coraz cieplej, kiedy dni są coraz dłuższe, a słonko miło przygrzewa, jedyny Dziadek jakiego mam, pakuje swój wielki wór i rusza het, het daleko, za góry, za morza, za rzeki, za lasy, na Majorkę, gdzie pracuje jako kapitan na prywatnym jachcie. Nie ma go strasznie długo, jakieś siedem – osiem miesięcy, a ja tu na niego czekam i okropnie tęsknię. Jednym z moich największych marzeń, jest odwiedzenie Dziadka na Majorce. Jednak, jak wiele innych moich marzeń podróżniczych, ciągle odkładane jest na bok. Dlaczego? Ano dlatego, że im dalej od domu, tym trudniej kupić akceptowalne przeze mnie jedzenie, a zabieranie na jedno-, czy dwutygodniowy wyjazd zapasu serków, jogurtów, obiadków, naleśników i kaszki, to ciężki problem. Dosłownie. A do tego kłopot z przechowywaniem. Jednak pojawiające się trudności, wcale nie zmniejszają siły tego marzenia. Nadal bardzo chcę! A świadomość, że to moje niejedzenie jest największą przeszkodą sprawia, że za każdym razem, kiedy uda mi się pokonać mój wewnętrzny opór, za każdym razem, kiedy zjem coś, czego do tej pory nie jadłem, za każdym razem, kiedy się przełamię i spróbuję czegoś nowego (nawet wówczas, kiedy zrobię to nieświadomie), ogarnia mnie wielka radość, którą wyrażam słowami: „Hurrra, pojadę do Dziadka na Majorkę!”. I choć daleka jeszcze droga do spełnienia tego marzenia, o wiele dłuższa niż dzielące nas kilometry, to mocno wierzę, że uda mi się ją przebyć i spotkać z moim Dziadkiem, gdzieś pod palmą, na plaży, na Majorce.

Po moich wczorajszych odmowach, konstruowanie nowych potraw nie jest wcale łatwe, ale Tata się nie poddaje i szykuje mi na śniadanie jogurt malinowy Jogobella zmieszany w proporcji pół na pół z jogurtem greckim. Taki miks gości u nas po raz pierwszy. Bardzo dobry!

Drugie śniadanie – naleśniki ze słoika szykuje mi Mama i to już takie dobre nie jest, przynajmniej na początku. Poprosiłem o naleśniki, zwykłe naleśniki ze słoika, a nie z jakimiś dodatkami. A co robi Mama? Przede wszystkim się spodziewa, spodziewa się tego, że nie będę chciał sobie niczego dosypać, dlatego oprócz pojemnika z kuleczkami, przynosi mi słoik, do którego nawrzucała już amarantusa i nasionek chia.Najpierw struga głupa i podaje mi pojemnik, żebym sobie nasypał jeśli chcę, że niby mam wybór, a tymczasem wyboru już nie ma, bo nasiona są w słoiku. Nie mam ochoty tego jeść i jestem bardzo zły. Zły i obrażony. Odsuwam naleśniki od siebie i mówię, że chcę coś innego, jednak Mama mówi, że niczego innego nie będzie. Jestem jeszcze bardziej zły i jeszcze bardziej obrażony. Mi nie jest łatwo cierpliwie znosić namowy, a Mamie nie jest łatwo cierpliwie znosić te wszystkie odmowy, więc woła Tatę żeby ją zmienił. Tata wspiera mnie przytulasem, rozmawia ze mną i pyta, czy zjem już naleśniki. Godzę się na to, ale Tata musi mnie karmić. Tata karmi, a ja opróżniam cały słoik, po czym chwalę się Mamie zadowolony i mówię, że było pyszne. Bądź tu mądry i pisz wiersze…Po naleśnikach, po leśnym spacerze z Figą i po powrocie do domu. zjadam dwa zleżałe, ale co ważniejsze duże i żółte banany. Bardzo dobre.Przyszła pora na obiad. Zanim Mama zdążyła się przygotować, pojawiłem się w kuchni z żółtym obiadkiem. Miał dziś trafić do niego szpinak z Magicznej Różdżki HELPA, ale tym razem nie ma na to czasu. Jestem już gotowy i mam wszystko na oku, także Mama nie zdąży już otworzyć zbiorczej paczki i małej różdżki, ani dosypać pyłku do obiadku, ani go wymieszać. Za to, wysyłając mnie na mycie rączek rwie już w rękach ugotowany makaron spaghetti i wrzuca go do mojego słoika.Jem sobie mój obiad, jak gdyby nigdy nic, aż tu nagle patrzę, a na dnie mojej miski leży jakiś Obcy! Obcy makaron. Pytam sam siebie, kto mi to wrzucił, ale nikt nie odpowiada. Mama wchodzi akurat do kuchni, słyszy moje pytanie i widzi jak już myszkuję w lodówce w poszukiwaniu serka. Wychodzę z lodówki, pokazuję jej ten makaron, a ona hops go na łyżkę z resztką sosu i siup do mojej buzi. A zaraz potem pokazuje mi na zdjęciu, ile tych makaronów było dziś w mojej misce. Jednak nie jestem ani zły, ani obrażony, tak jak to było przy naleśnikach. Wręcz przeciwnie. Cieszę się bardzo, że tyle ich zjadłem i radośnie obwieszczam Mamie, że mogę już jechać do Dziadka na Majorkę. Mama zanosi mnie do Taty żebym mógł mu opowiedzieć, czego dokonałem, a tymczasem sama leci do kuchni i przewala całkiem nowy serek waniliowy BIO od Bakomy do porcelanowej miseczki. Wracam do kuchni, patrzę na stół, widzę serek w misce… Pytam Mamy, co to za serek, a Mama na to, że dobry i wsuwa mi pierwszą łyżeczkę do buzi. Faktycznie bardzo dobry. Siadam i zajadam, a kiedy docieram do dna, Mama pokazuje mi, co zjadłem. Normalnie jestem z siebie dumny. Kiedy szykuję niespodziankę dla moich skrzydlatych, pasiastych przyjaciółek, czyli napełniam ziemią doniczki, wsypuję do nich nasionka Maciejki i słonecznika i podlewam obficie wodą, przychodzi czas obiadu. Wiem, wiem, ja już swój zjadłem, ale skoro Marysia, Antoś, Mama i Tata siadają do swojego spaghetti, to przecież nie będę siedział i patrzał. Zjem jeszcze jeden. Wszystko mam już przygotowane. Słoik, miska, długa łyżka. Mama podsuwa mi talerzyk z pokrojonym w plasterki makaronem rurką. Nie chcę go tu widzieć, a tym bardziej wrzucać do mojej miseczki, co w swej nieskończonej naiwności, proponuje mi Mama. Kiedy przewalam pokrojone makarony na Mamy talerz, Tata kroi dla mnie nową rurkę. Jestem tak zajęty, że niczego nie widzę, ani nie słyszę. A Tata nie tylko pokroił makaron, ale i otworzył słoik, wrzucił makaron do środka i wymieszał. Już się szykuje do nakładania, ale dostrzegam go i mówię: „Nie! Tylko Mama!”. Mama odbiera słoik od Taty i przekłada go do mojej miski. Zaglądam do środka i… o nie! Widzę jeden plaster Obcego. Mówię Mamie, że ma go zabrać, a kiedy to robi, zaczynam jeść… zupełnie nieświadomy tego, że obcych jest tam więcej.Jem sobie i jem, i życie jest piękne, aż tu nagle… na mojej łyżeczce widzę kolejny krążek.Tym razem Mama go jednak nie wyciąga. Wyskrobuje resztę obiadku i razem z Obcym, pakuje do mojej buzi, informując mnie, że zjadłem przed chwilą jedną rurkę pokrojoną w plasterki i wymieszaną z zawartością mojego słoika. Niemożliwe staje się powoli możliwe.

No dobra. Z jedzeniem idzie mi całkiem dobrze…, a z moim piciem? Picia nie ruszamy. Od zawsze piję tylko wodę, a niczego lepszego niż woda, raczej nie znajdę. No, chyba że czasem wychylę trochę bawarki z Mamy kubka. Nie pytajcie, dlaczego spośród tylu smacznych napoi, wybrałem herbatę z mlekiem, bo nie mam pojęcia. Minęła 20:00, a w głowie mojej Mamy pojawia się zupełnie szalona myśl…, że może pójdziemy już spać. Jednak kiedy na dworze jest tak ciepło, tak jasno i tak przyjemnie, to nie ma na to wielkich szans. Chcemy się bawić, biegać, skakać! Trochę to trwało, ale w końcu udało się Mamie wyłowić z ogrodu pierwszą sztukę. Mnie najłatwiej przekonać, że pora jeść kolację, myć się, ubierać piżamkę i iść do łóżeczka, bo ja naprawdę lubię każdą z tych czynności.

Czekam przy stole, a Mama szykuje moją kolację – owsiankę Bobovita na mleku owsianym z dodatkiem BIO kaszki jęczmienno-gryczanej od HELPA. Tym razem zgodnie ze sztuką, czyli kaszkę nierozpuszczalną gotuje w garnku przez 3 minuty, zamiast, jak do tej pory, wrzucić ją do podgrzanego mleka i liczyć na to, że się rozpuści. Przed podaniem miesza oczywiście tę szarą masę widoczną na górze z białą masą widoczną na dole. Jednak, jak wiecie, ja to jestem dość wrażliwy na kulinarne podstępy. Także nie umknęło mojej uwadze, że coś w tej kaszce jest inne niż do tej pory. Nie do końca wiem co, ale coś na pewno.Na wszelki wypadek wypluwam to, co mam w buzi i mówię Mamie, że ktoś dodał „krombki”. Mama zgodnie z prawdą mówi, że „krombków” tam nie ma, ale możemy je zaraz dosypać. Tak, tak znów ma nadzieję, że uda nam się to, co udało się u Babci. A ja to wykorzystuję i… trochę robię ją w trąbę.Proszę żeby otworzyła mi przegródkę z największymi kulkami (które de facto wcale nie są okrągłe), wysypuję je sobie na rączkę (zupełnie tak, jak u Babci), przenoszę rączkę w kierunku miski i… dmucham tak, żeby wszystko, co się na niej znajduje, wylądowało na podłodze. No, muszę Wam powiedzieć, że bardzo to było zabawne. Naprawdę się uśmiałem.

Za to, żeby nie było, że taki ze mnie huncwot, gałgan i ladaco, słuchając czytanej przez Mamę książki o przygodach Neli Małej Reporterki, zjadam całą kaszkę, mimo że, jest w niej to, co jest, czyli wielka, kopiasta łycha BIO kaszki jęczmienno-gryczanej.

Kolacja zjedzona. Teraz mogę się już myć i wskakiwać do łóżka. Dobranoc Wam!


Wpis “Pojadę do Dziadka na Majorkę!” został skomentowany 2 razy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *