Ostatni dzień turnusu

Turnus, to okazja, żeby w krótkim czasie, podczas intensywnej pracy, zrobić wielkie postępy. Dlaczego więc niewiele Wam opowiadałem o tegorocznym turnusie? Bo tak naprawdę niewiele się wydarzyło. Choć ostatnie tygodnie miałem wolne od zajęć, także mogłem wypocząć, często byłem zmęczony. Spóźniałem się na poranne zajęcia, bo rano nie mogłem wstać, a kiedy już dotarłem, często nie mogłem się skupić, wygłupiałem się lub siedziałem obrażony i nie chciałem pracować. Pojedyncze dni, pojedyncze zajęcia, czy nawet pojedyncze minuty, to czas, w którym uczyłem się chętnie i byłem uważny.

Podczas tego turnusu, skupiliśmy się przede wszystkim na kalendarzu i każdego dnia, ustalaliśmy jaki jest dziś dzień, jaki był wczoraj, a jaki będzie jutro i co w tych dniach robiłem lub będę robił. Kolejnym tematem, który przewijał się na niemal każdych zajęciach logopedyczno-pedagogicznych było różnicowanie paradygmatu CA i GA. Sylabki te mylą mi się na potęgę i naprawdę nigdy nie wiem, z którą mam akurat do czynienia. Dwutygodniowe Warsztaty Mowy z Metodą Krakowską i z Numiconem dobiegły końca, a ja nadal nie wiem, która jest która, dlatego będziemy wracać do tego w ciągu dnia, w naszym wolnym, poturnusowym czasie.

W ciągu tych dziesięciu dni pracy, Mama kilka razy podejmowała próbę nagrania filmików podczas moich zajęć, ale oprócz jednego zlepka, który znajdziecie kawałek dalej, naprawdę nie mamy Wam czego pokazać. Nie był to turnus obfity w sukcesy, ale takie turnusy też się czasem zdarzają.Dziś ostatni dzień. Niestety znów zaczynam o 8:00, także znów trzeba wcześnie wstać. O 6:00 rano pojawia się u mnie Tata i na śpiocha podaje mi euthyrox. Tata wraca do spania i ja również. Pół godziny później pojawia się Mama. Śniadanie jest już gotowe. Mama zmieszała naturalny jogurt grecki ze sproszkowanymi, liofilizowanymi owocami leśnymi HELPA i z moją ulubioną, malinową Jogobellą. Z trudem udaje mi się wstać i przyjść do kuchni. Choć jestem rannym ptaszkiem, dzisiaj, podobnie jak w każdy dzień turnusu, kiedy zaczynałem zajęcia o 8:00, jestem okropnie zmęczony i wolałbym jeszcze pospać. Siadam przy stole, dosypuję do jogurtu nasionka chia i powoli biorę się za jedzenie.Chwilę później ubieram się, myję zęby i spóźniony jadę na turnus. Wiem, że już o tym mówiłem, ale powtórzę jeszcze raz, bo bardzo mnie to cieszy – dzisiaj ostatni dzień!Mobilizuję siły i staram się pracować, ale nie jest łatwo. Wszystko mnie rozprasza. Sufit taki ciekawy i ściany takie ciekawe. To, co za oknem ciekawe i to co na podłodze też jest ciekawe. Ostatecznie udaje mi się wykonać kilka zadań, ale niestety przez brak skupienia i spore spóźnienie, niewiele. Koniec pierwszych zajęć. Pakuję manatki i skaczę na spotkanie dla prawdziwych sportowców. Socatots. Będzie niezły wycisk i to nie tylko dla nas dzieciaków, ale i dla towarzyszących nam rodziców i dziadków. Oni też muszą dać z siebie wszystko. Zajęcia sportowe, to z całą pewnością jedne z najlepszych w moim turnusowym grafiku. Uwielbiam zabawy z hula hopem, budowanie wieży z gąbkowych klocków, pogoń za Mamą i uciekanie przed nią, kopanie piłki. Właściwie, to pod warunkiem, że nie mam much w nosie i akurat nie jestem bardzo wyczerpany, to każde z ćwiczeń zaproponowanych przez trenera jest ekstra! Zajęcia Socatots już za mną. Czas lecieć na ostatnie spotkanie z Iwoną, z którą w tym turnusie, podczas zajęć indywidualnych, robię chyba najwięcej. Nie ma się jednak, co dziwić. Choć każda z terapeutek jest wspaniała, to właśnie z Iwoną  pracujemy razem od kilku lat i znamy się jak łyse konie. Iwona wie, jak mnie podejść, kiedy nie bardzo mam ochotę na pracę, wie, co lubię, jakie są moje mocne i słabe strony, nie zmusza mnie do niczego, ale też nie odpuszcza, śmieje się z moich żartów i sama też czasem żartuje, poznaje kiedy jestem obrażony i umie mnie „odobrazić”. Poza tym naprawdę bardzo ją lubię, a ona wyraźnie lubi mnie. Wzajemna sympatia sprzyja nauce.

Dzisiaj, tak jak przez kilka ostatnich dni, pracujemy nad kalendarzem. Właśnie omawiamy „wczoraj”, a ja rysuję w moim zeszycie, jak razem z Antosiem biegamy po kanapach, rozwalamy poduszki i zrzucamy koce na podłogę. Mama nie przepada za tą naszą aktywnością, ale dla nas to świetna zabawa. Czytamy też zdania. Iwona chowa je w szufladkach, żeby uatrakcyjnić mi to zadanie. I słusznie. Przyznam, że czytanie w tym turnusie idzie mi kiepsko. Robię to niechętnie, często się mylę i jeszcze częściej zgaduję. Kilka dni temu Mama kupiła mi całkiem nowy, wspaniały piórnik – saszetkę (możecie go zobaczyć w prawym dolnym rogu, na pierwszym z czterech powyższych zdjęć). Mam w nim klej, kredki, dwa ołówki, gumkę, temperówkę i nożyczki. Bardzo go lubię i jego zawartość również. Podczas zajęć, korzystam tylko z moich przyborów, o co sam zabiegam. Piszę swoim ołówkiem, zmazuję swoją gumką, wycinam swoimi nożyczkami, a teraz…. smaruję kartkę moim własnym klejem. A tu nagle Iwona mówi: „Stasiu! Nie tak dużo!” – bo martwi się, że zaraz wszystko się sklei na cacy i jak zamknę zeszyt, to nie będę mógł go już nigdy otworzyć. Tymczasem ja jej odpowiadam: „To jest mój klej i to ja decyduję.”. Dowodów nie mam, bo Mama na czas klejenia przerwała nagrywanie, ale z dowodami, czy bez asertywność mam w małym paluszku.

Na zakończenie dzisiejszych zajęć, robimy coś na maksa śmiesznego. Małpie figle! Żegnam się z Iwoną i uciekam na długą przerwę. Czas zjeść naleśniki i bananka. Kiedy ja tu tak sobie siedzę i jem, kilka kroków ode mnie siedzi Ciocia Jagoda. Wyjątkowa osoba, która robi wyjątkowe zdjęcia. Zobaczcie sami! Prawda, że piękne? Mam nadzieję, że wkrótce otworzy studio i każdy kto do niej trafi, będzie mógł się cieszyć takimi pięknymi zdjęciami.

Przerwa dobiega końca, a ja maszeruję na ostatnie grupowe zajęcia muzyczne. Choć ciągle mam w głowie zajęcia z kochaną Agnieszką Birecką, dzięki której trafiliśmy do naszego kościoła, choć nadal pamiętam zajęcia z cudowną Sylwią Nowicką, to muszę Wam powiedzieć, że pani Ania również skradła moje serce 🙂 Ostatnie nutki wybrzmiały, pożegnałem się z panią Anią i podziękowałem za turnusowe muzykowanie. Czas spotkać się z panią Asią, zebrać resztki sił, skupić się, popracować i już za moment… rozpocząć wakacje! Udało się! Z pomocą wspaniałych terapeutów dobrnąłem do końca turnusu! Dziękuję Wam za Waszą cierpliwość i głowy pełne pomysłów! Do zobaczenia! Wracając do domu, zajeżdżamy jeszcze do biblioteki. Oddajemy książki, których nie możemy już dłużej trzymać i wypożyczmy nowe, na kolejny miesiąc. Jesteśmy już w domu. Odpoczywamy i cieszymy się bardzo, że te dwa, najbardziej intensywne tygodnie w roku, mamy już za sobą. Mama zastanawia się, co tu zrobić na obiad, żeby za bardzo się nie napracować, żeby było szybko i smacznie. Niemal natychmiast przychodzę jej z pomocą i tak jak ostatnio biorę się za obieranie fasolek, a Mamie polecam zająć się ziemniakami. Korzystając z okazji, że są świeże fasolki, Mama wydłubuje kilkanaście sztuk i po raz kolejny podrzuca mi do obiadku, a ja, po raz kolejny, mimo że tym razem jest ich naprawdę sporo, niczego nie wyczuwam. Turnus zakończony, książki do biblioteki oddane, obiad zrobiony i zjedzony, Marysia odebrana z przedszkola, Figa wyprowadzona. Czas zjeść kolację (manna + owsianka na mleku migdałowym) i można iść spać. Wreszcie, po dwóch tygodniach wczesnego wstawania i kilku nocach zarwanych na Festiwalu Globalaltica, mogę się wyspać.Zanim jednak pójdę spać, chciałbym Wam bardzo podziękować za przekazany mi przez Was 1% podatku dochodowego, a także darowizny, które wpłynęły na moje indywidualne konto w Fundacji Dzieciom „Zdążyć z pomocą”. To dzięki Wam mogłem uczestniczyć w kolejnych Warsztatach Rozwoju Mowy z Metodą Krakowską i Numiconem. Koszt takiego dwutygodniowego turnusu, to 3400zł (10 dni, 30 x 50 min. terapii indywidualnej, 10 x 50 min. zajęć sportowych Socatots i 10 x 50 min. zajęć muzycznych, bez wyżywienia, bez noclegu), także Wasza pomoc jest nieoceniona! Naprawdę!


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *