Kto chce się bawić, palec do budki…

W zeszłym roku potrafiłem rzucać patykiem ma odległość 50cm i to przy dobrych wiatrach. Zwykle, mimo moich wielkich starań, patyk lądował jeszcze bliżej. Zabawa w aportowanie patyka, który ląduje koło stopy rzucającego najwyraźniej nie jest wcale zabawna, bo Forest nawet się nie fatygował. Nie podbiegał, nie merdał ogonem, nie podnosił. W tym roku rzucam prawie jak zawodowiec. Robię zamach i puszczam, a patyk leci hen hen w bliżej nieokreślonym kierunku. Bo choć rzucam już daleko, to jeszcze nie do końca celnie. Ale tym się akurat nie przejmuję (to raczej zmartwienie dla tych, którzy przez przypadek oberwą rzucanym patykiem), bo nie rzucam dla pucharu, tylko dla Foresta.Staszek i Forest Forest to pies Babci Asi, ale kocham go jak własnego. Uwielbiam spędzać z nim czas, karmić i bawić się z nim. A najlepszą zabawą Foresta jest bieganie za patykiem lub piłką. Chętnych do zabawy zwykle nie ma wielu, albo szybko się nudzą, ale mnie ta zabawa bawi równie mocno jak Foresta i wcale nie mam dość! Cieszymy się razem, kiedy Forest odniesie sukces i znajdzie patyk – on merda ogonem, a ja biję brawo i wołam „super!”. Wymyślam dla niego nowe zabawy, żeby się nie znudził – raz patyk na trawę, raz piłka do budy, raz przeszkoda, a on wszystkie wyzwania chętnie podejmuje – biega, łapie, wchodzi do budy, przynosi patyk, skacze.

Ale najlepsze jest to, że nie tylko ja się dobrze bawię. Kiedy skończyły się nasze harce, a ja wbrew wszystkim zakazom ciągle wdrapywałem się na leżak (ponieważ lubię życie na krawędzi, to co chwilę wchodziłem nogami na leżak na jego niskim końcu i wędrowałem w stronę tego, wysoko nad ziemią, gdzie mogłem go przeważyć i z hukiem wylądować na tarasie) i nikt nie był w stanie mnie od tego odwieść, podszedł do mnie Forest z piłką w zębach. Położył ją przy leżaku i tym samym dał mi znak – zaprosił do dalszej zabawy. Biorąc pod uwagę fakt, że w zeszłym roku, nawet nie patrzał za rzucanym przeze mnie patykiem, czuję się… dobrze. Dobrze jest być potrzebnym.

Jakiś czas temu, podczas spotkania na Uniwersytecie Gdańskim, jedna ze studentek zapytała się Mamy, czy Antoś się ze mną bawi, czy bawimy się razem. A to był taki czas, kiedy każdy z nas miał swój świat. Ja siedziałem w książeczkach, albo w zwierzątkach, a Antoś w klockach lego. Ja gotowałem obiadki z wełnianych warzyw, a Antoś przeprowadzał eksperymenty lub majsterkował. I oczywiście nadal każdy z nas ma mnóstwo swoich zajęć i zabaw, ale… znów więcej bawimy się razem. Ale o tym za chwilę.

Pierwszy etap wspólnych zabaw rozpoczął się, kiedy stałem się bardziej sprawny fizycznie – mogłem siedzieć, mogłem czworakować, panowałem nad swoimi rękami i nogami. Kolejny, kiedy zacząłem gadać – można było robić ze mną coś więcej niż tylko układać wieże z klocków, mogliśmy się ze sobą porozumiewać. Potem Antoś poszedł do szkoły, a ja do przedszkola i nasze drogi trochę się rozeszły. Antoś szedł na lekcje, wracał, zjadał obiad, odrabiał pracę domową, jechał z Mamą i Maniutą po mnie, wracał do domu i wreszcie miał chwilę dla siebie. A jak miał chwilę dla siebie, to chciał ją wykorzystać naprawdę dla siebie – bawiąc się klockami lego, robiąc eksperymenty, majsterkując. Ja, po dniu spędzonym na zajęciach dodatkowych i w przedszkolnym harmidrze, też potrzebowałem pobyć sam ze sobą. Bawiliśmy się w jednym pokoju, ale raczej nie wchodziliśmy sobie w drogę.

Dzisiaj Mama pomyślała, że powoli zbliża się pora, kiedy to Maryśka będzie moim kompanem do zabaw. Potrafi już siedzieć i pełzać, zaczyna czworakować, coś tam mówi – bliżej jej do mnie niż mi do Antosia… Siedzimy więc sobie w pokoju – Mama, Maniuta i ja, i bawimy się zwierzątkami. Ja – wyjmuję je z pudełka, pokazuję Marysi i mówię jak się nazywają. Marysia – podnosi je z podłogi i wkłada do buzi. Ja jej mówię, że nie wolno, a ona nic sobie z tego nie robi i dalej je zjada. Duet z nas prawie idealny.

A potem nagle, zupełnie niespodziewanie przychodzi czas dla mnie i Antosia. Najpierw Antoś wciąga mnie w zapasy. Obudował cały pokój kocami i poduszkami, żeby żaden z nas nie zrobił sobie krzywdy i walczymy. Ja stoję w rozkroku, udaję że się boksuję i chichram się zaraźliwie. Antoś też się chichra, przewraca mnie i przygniata do podłogi. Za chwilę się rolujemy i znów jestem w górze. Zabawa wspaniała! Padamy z nóg, ale jeszcze nam mało i dalej ćwiczymy. Dziewczyny mogą tylko patrzeć i zazdrościć. To nasz wspólny świat – mój i Antosia.zapasyWieczorem szalejemy w ogrodzie. Antoś rzuca piłeczkę kauczukową, a potem pędzimy żeby ją złapać. Kto pierwszy, ten lepszy. Antoś forów mi nie daje. Jak chcę wygrać, muszę naprawdę się postarać. Lekko nie jest, ale gdyby było, nie byłoby tak fajnie. Jak raz na piętnaście razy, uda mi się dorwać piłkę, to z radości wrzucam ją w iglaki, a wtedy mój dzielny Brat przedziera się przez nie, żeby ją wyciągnąć. I zaczynamy wszystko od początku…

I choć całkiem fajnie jest się zajmować samym sobą, to muszę przyznać, że dobrze jest mieć się z kim bawić. Dobrze jest mieć Rodzeństwo. Dobrze jest mieć psa u Babci. Dobrze by było mieć u siebie.

PS Dzień Mamy już za nami, ale… wszystkim mamom życzę wszystkiego, co najlepsze. A zwłaszcza mojej! Dużo siły, dużo cierpliwości i wielu powodów do radości <3dzien mamy 2016


Wpis “Kto chce się bawić, palec do budki…” został skomentowany 6 razy

  1. Nigdy nie byłam w stanie tego zrozumieć. Zrozumieć tego w mojej ocenie sztucznego zachwytu wobec dzieci z zespołem downa. Niejednokrotnie spotykałam się hasłami, które mniej więcej mówiły, że to normalni ludzie, i tak właśnie należy ich traktować, że są takie kochane, dobre itd… Nie jest to żadna forma ataku, ale nie rozumiem dlaczego nie mówi się w tych kwestiach prawdy w naszym kraju? Czy naprawdę dziecko tarzające się na środku galerii w drugim co do wielkości mieście w Polsce jest takie cudowne, gdy na dodatek w tym momencie najprawdopodobniej matka tego dziecka stała i nie zrobiła kompletnie nic? Dodam, że był to chłopiec w wieku ok. 10 lat.

    • Dzieci bez ZD też się czasem „tarzają na środku galerii” i to nawet w pierwszym co do wielkości mieście w Polsce. Taki life- jedni się tarzają, inni wylewają frustrację na forach, każdy musi się jakoś rozładować;P

      • jivee pewnie żałujesz, że nikt nie zachwyca się tobą, ale na to sobie trzeba zasłużyć, a tzw. celebryci robią dużo dziwniejsze rzeczy niż tarzanie się na środku galerii aby o nich mówiono i to ci jakoś nie przeszkadza
        pozdrawiam

    • Myślę, że trzeba mieć blisko osobę z ZD, żeby zrozumieć, że narzeka się i skarży na to życie bardzo trudno. Zwłaszcza jeśli się kocha tę osobę, a swoje życie z nią u boku w pełni akceptuje. A raczej takie osoby zakładają blogi i publicznie piszą o swoim życiu i swoich bliskich z ZD.
      A poza tym mam 29 letnią siostrę ZD i ona nigdy w życiu nie tarzała się na środku galerii i nigdy nie widziałam tarzającej się w galerii osoby z ZD (a tak na marginesie osób z ZD znam dość sporo). Bardzo natomiast do mnie przemówił argument o tych dzieciach bez niepełnosprawności, co to się tarzają i awanturują w miejscach publicznych. To dość typowa dziecięca cecha 🙂

  2. No nie wiem czy tarzanie się w miejscu publicznym jest typową dziecięcą cechą jak zostało to nazwane. Z reguły widząc takie zachowanie wyraźnie widać, że rodzic czy rodzice czy ktokolwiek będący wtedy z dzieckiem nie panuje nad nim. Arla, wspomniałaś, że celebryci robią dużo dziwniejsze rzeczy, aby o nich nie zapomnieć. Hmm.. generalnie pokazywanie ciała nie jest teraz niczym dziwnym, wiedząc, że jednak wiele ludzi rozbiera się przed kamerką w internecie. Innych dziwactw w sumie nie mogę wymienić, bo pudelków ani jamników nie czytam. Nikt się mną nie zachwyca? No akurat nawet ja tego nie mogę stwierdzić, bo co ja tam wiem, może jakiś psychopata jednak się zachwyca? A tak poważnie chciałam po prostu poczytać na blogu nie tylko o sukcesach takiego dziecka, ale też tych gorszych bieżących sprawach. Takie posty widać na blogach rodziców dzieci z innymi ciężkimi chorobami, a jak ktoś pisze o ZD, to tylko o pozytywnych sprawach.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *