Kiedy Twój optyk czyta Twojego bloga…

…to nie musisz marnować czasu, paliwa i energii na bezsensowne jeżdżenie na drugi koniec Gdańska.Ledwo wypuściłem w świat wpis o tym jaki ze mnie ladaco – o tym, że połamałem okulary i teraz muszę pojechać wybrać i kupić nowe, a już na moją facebookową skrzynkę przyszła wiadomość od pani Oli i jechać wcale nie muszę. Pani Ola, z Galerii Wzroku, zamówi dla mnie zepsutą część, czyli front moich okularków, a kiedy tylko dotrą do salonu, da nam znać, żebyśmy przyjechali i na miejscu wszystko naprawili.

Dwa dni później, tj. w piątek, dostaję cynk, że nowa część czeka już na Mickiewicza. Niestety nie udaje mi się pojechać tam od razu, ale to żaden problem. W sobotę też jest czynne. Także zaraz po śniadaniu, szykuję się do drogi. Mam dziś trochę spraw do załatwienia.

Pierwszą z nich jest wizyta u optyka. Pani Kamila wita się ze mną po imieniu, w końcu dobrze się już znamy. Wybierałem tu okularki, odbierałem to okularki, zaginałem tu zauszniki w moich okularkach, a teraz przychodzę je tu naprawić.

Wygrzebuję z plecaka zepsute …Przeczytaj cały wpis

Gałgan, łobuz i ladaco

Niech Was nie zwiedzie ten elegancki strój i czarujący uśmiech. Nie jestem taki grzeczny na jakiego wyglądam. Zwłaszcza ostatnio. Ostatnio jestem gałganem, łobuzem, ladaco.Wiecie już, że starszaki w moim przedszkolu to sowy. Każda grzeczna sowa, ale taka naprawdę bardzo grzeczna, najgrzeczniejsza …Przeczytaj cały wpis

Każde kółko to „o”, czyli kontrola u okulisty

Dzisiaj, po kilku miesiącach oczekiwań, czas na kolejną wizytę u okulisty. Zapisując się na nią prawie rok temu, braliśmy co było, nie patrząc, że to środek majówki, dzień wolny i 8:00 rano. Także dzisiaj, kiedy cały dom śpi, my wstajemy z budzikiem i z kurami – o 6:30. Łykam euthyrox, myję się, ubieram i pół godziny później mogę już zajadać moje śniadanko. O 7:30 ruszamy.

Na miejscu jesteśmy przed czasem. Potwierdzamy naszą obecność w rejestracji, siadamy pod gabinetem nr 11 i czekamy aż mnie zawołają. Czekając wcale się nie nudzę. Razem z Mamą czytam książeczki o Marcie. Kiedyś można było kupić je w każdej księgarni, czy kiosku, ale dzisiaj dostępne są tylko tutaj, w poczekalni na …Przeczytaj cały wpis

Dobry lizak nie jest zły

Jakiś czas temu, podczas chorobowej wizyty u lekarza, zupełnie przypadkiem, nie moja pani doktor zauważyła, że mam zaległe szczepienie, które trzeba nadrobić. Kalendarza szczepień zwykle pilnuję i wszystko robię terminowo, jak każde zdrowe dziecko. Nie licząc oczywiście czasu, kiedy miałem podejrzenie padaczki. Wtedy, na kilka, czy kilkanaście miesięcy moja pani doktor neurolog, wstrzymała moje szczepienia, żeby sprawdzić, co tam w mojej głowie nie styka. Ale to jedno po prostu nam jakoś umknęło.

Dzisiaj nadrabiam zaległości. Nie narzekam, bo lubię i szczepienia, i panią Jadzię, która je wykonuje. Jestem też bardzo dzielny. Raz jęknąłem i po sprawie. Perspektywa otrzymania naklejki dla najdzielniejszego z najdzielniejszych uspokaja mnie, zanim zdążę się rozpłakać. A oprócz naklejki, dostaję również lizaka.

Lizak zwykle lądował gdzieś w kuchennej szafce, a razem z nim znikała o nim pamięć. Ale nie tym razem! Tym razem lizak idzie ze mną do przedszkola.

Pani Agnieszka pyta, czy mi go otworzyć, a ja na to, że tak. Pyta, czy będę go lizał, a ja na to, że tak. Pani Agnieszka otwiera więc lizaka, a ja wkładam go do buzi. Po chwili wyjmuję go i krzywię się bardzo. Ale zaraz wkładam go z powrotem i mówię, że mi smakuje. A potem wołam do dzieci, ciesząc się ogromnie: „Dzieci! Ja lubię lizaka! Lubię lizaka!”. Tego nie ma niestety na nagraniu, bo nikt się chyba nie spodziewał, że lizak wyląduje w mojej buzi, ale chwilę później p. Agnieszka wzięła telefon i nagrała. Dowód jest i bardzo za niego dziękuję. Lizałem lizaka!

A dla tych, co nie wiedzą, dlaczego lizanie lizaka może być powodem do radości, już przypominam. Jako duży dzidziuś jadłem właściwie wszystko. Mama robiła mi różne mieszanki ze świeżych owoców i warzyw, z różnych ziaren, z owoców suszonych… wszystko jadłem! Jadłem też domowe obiadki bez soli, kostek rosołowych, cukru i innych szkodliwych rzeczy. Wszystko pyszne i zdrowe. A potem z braku czasu, z wiecznego pośpiechu i ciągłej gonitwy, przeskoczyliśmy w słoiki. Miało być na trochę, zrobiło się… trochę długo. Oczywiście już dawno temu Rodzice próbowali wrócić do normalnego jedzenia, ale nic z tego! Mój smak i zapach jest bardzo wyczulony. Lubię tylko to, co znam i tylko to, co znam teraz, a nie kiedyś tam, kiedy byłem jeszcze bobasem. Nowych rzeczy nie próbuję. To, co akceptuję mogę wyliczyć na placach moich rąk i nóg:

  • owsianka Bobovita + mleko, czyli moja kaszka na kolację,
  • kaszka 3 ziarna Babydream, bez cukru, prosto z Niemiec + mleko (druga opcja kolacjowa),
  • jogurcik malinowy Jogobella – to moje śniadanko,
  • jogurcik truskawkowy lub truskawko-poziomkowy Jogobella, to ewentualnie zastępstwo dla jogurtu malinowego,
  • naleśniczki ze słoika Hipp,
  • obiadek żółty, czyli indyk z kluseczkami Bobovita,
  • obiadek biały, czyli cielęcinka Bobovita – to ewentualne zastępstwo dla obiadku żółtego,
  • serki waniliowe – Maćkowy (Mlekpol), Tutti i Danio,
  • owocki Babydream z Rossmanna – bardzo rzadko i tylko te w żółtawych kolorach,
  • banany,
  • a do picia tylko woda.

Także, choć lizak, to sam cukier i samo zło, to jednak przy takim skromnym menu, daje on radość i nadzieję na to, że kiedyś będzie tego jedzenia więcej, że kiedyś będzie lepiej.

Co mi powiesz, panie Hashimoto?

Po kilku wizytach, zrobieniu wielu badań, ośmiokrotnemu zwiększeniu dawki euthyroxu, uspokojeniu pożerającej siebie tarczycy i kilku miesiącach przerwy, czas na kolejną kontrolę.

Na trzy dni przed wizytą robię badanie krwi. Choć uwielbiam kuj kuje, pobranie krwi jest potwornie bolesne i wcale mi się nie podoba. Tak to już ze mną jest, że idę z uśmiechem, a potem następuje zderzenie z rzeczywistością. Żył wcale nie widać i pielęgniarki szukają ich po omacku, tj. wbijają igłę i kręcą nią pod skórą tak długo aż na nią natrafią. Nie jest fajnie. Nie polecam. Nie mam wyjścia.

Za to wyniki są całkiem dobre:

  • 25 -hydroksywitamina D w surowicy – 19.6 ng/ml
  • Hormon tyreotropowy (TSH) – 0.941 uU/ml
  • Wolna tyroksyna (FT4) – 15.55 pmol/l

Do endokrynologa idę w piątek na 11:00. Kiedy w lipcu klepaliśmy termin na styczeń, nie mieliśmy pojęcia, że w tym samym dniu będzie się odbywał w przedszkolu Dzień Babci i Dziadka. Także dzisiejszy grafik mam mocno napięty i sporo niepokoju o to, czy wszędzie uda się zdążyć.

Dzień zaczynam od zajęć prowadzonych Metodą Krakowską. Godzinka z Dagą i pół godziny z Magdą, i muszę lecieć dalej. Od stycznia, wizyty w GUMedzie są umawiane na konkretne godziny, także pędzimy, żeby zdążyć zaparkować (co pod Akademią Medyczną nie jest wcale łatwe) i dojść na miejsce na czas. Jesteśmy kilka minut wcześniej. Pokój pielęgniarki jest pusty (tzn. bez pacjentów), także wchodzę na mierzenie i ważenie.

Na moje nieszczęście okazuje się, że …Przeczytaj cały wpis

Zamykamy rozdział pt. „padaczka”

Rok temu miałem mieć wizytę u mojej ulubionej pani neurolog – dr hab Mazurkiewicz. Na moje nieszczęście, kiedy ja czekałem na nią pod drzwiami, ona wcale nie czekała po ich drugiej stronie. Ja byłem, ale pani doktor nie było. Było za to zastępstwo z inną, również bardzo miłą panią doktor, która jednak nie znała ani mnie, ani mojej neurologicznej historii. Także opowiedziałem pokrótce o tym, co tam, Mama trochę dodała, resztę pani doktor doczytała w mojej kartotece i obejrzała na moim youtube, i tym sposobem, po krótkim spotkaniu, dostałem skierowanie na badanie EEG.Po co komu takie badanie? Ano po to, żeby sprawdzić, co tam siedzi w głowie. Miałem już takie jedno kilka lat temu. Nie wspominam go dobrze, a właściwie wcale nie wspominam, bo tak dawno to było. Jednak gdybym cokolwiek pamiętał, to myślę, że badanie wspominałbym źle, bo to naprawdę nic przyjemnego. Byłem wtedy okropnie zmęczony (musiałem taki być, żeby zasnąć w takich warunkach), taki zmęczony jak nigdy przedtem i nigdy potem, a jakby tego było mało, to nałożyli mi na głowę okropny czepiec z klockami wysmarowanymi zimną galaretą. Na szczęście cała ta skomplikowana operacja mnie nie zbudziła, jakby zbudziła byłoby po ptokach.

Na plus jest to, że badanie się udało (przy drugim podejściu, drugiego dnia), zapis był długi i wyraźny, i nie trzeba było go więcej powtarzać. Całe badanie przespałem, a wyniki były całkiem dobre, choć może nie idealne. …Przeczytaj cały wpis

O każdej porze lubimy nad morze

Muszę Wam powiedzieć, że nie docenialiśmy tego naszego morza, czy raczej zatoki, nad którą leży Gdańsk. Na plażę jeździliśmy raczej rzadko, nie więcej niż kilkanaście razy w roku, często nawet mniej. Choć żyjemy w Gdańsku, to wypad nad morze wydawał się wielką wyprawą. To dlatego, że mieszkamy na złym końcu miasta i dojazd zajmuje nam minimum 30 minut. Do tego, przy plaży często jest problem z parkowaniem. Miejsca albo są płatne, albo daleko, albo nie ma ich wcale. Poza tym latem na plaży jest tłum mieszkańców Trójmiasta i jeszcze większy tłum turystów, a do tego tona śmieci. W pozostałych porach roku jest luźniej i czyściej, za to zdecydowanie zimniej, co akurat mi wcale nie przeszkadza (o czym za chwilę się przekonacie), no i szybko robi się ciemno, co też wcale nie jest przeszkodą, za to świetną wymówką.Tymczasem chodząc na nogach, wbrew pozorom …Przeczytaj cały wpis

Wielkie dzięki za Twój wkład w mój rozwój

Kochani Czytacze, Wspieracze, Pomagacze! Z całego serca, ze wszystkich sił… dziękuję! Na moje fundacyjne konto wpłynęły ostatnie procenty z Waszego podatku.

Z całego serca dziękuję Wam za Wasz wkład w mój rozwój, za to, że 354 spośród Was, podzieliło się ze mną 1% swojego podatku. Za to, że chce się Wam wypełniać tę dodatkową rubrykę w Waszym picie. Dziękuję także tym, którzy moją prośbę ponieśli dalej, rozdając moje ulotki, czy udostępniając mój apel. Dziękuję za przedstawianie mnie Waszym znajomym …Przeczytaj cały wpis

Anioł przemówił…

…szeptem, ale jednak!

Dzisiaj w przedszkolu są Jasełka. W tym roku, z racji swej anielskiej cierpliwości okazywanej Rodzeństwu, zostałem aniołem. Mama jakoś nie specjalnie martwi się strojem, bo kilka lat temu, na wyprzedaży poświątecznej kupiła za pół ceny aureolkę i skrzydła (takie cuda w Nanu Nana), które czekały sobie w szafie na swoje pięć minut. 5 minut nadeszło, ale… przecież coś do tych skrzydeł trzeba ubrać! Nie mam starszej siostry od której mógłbym wziąć starą sukienkę, albo chociaż spódnicę, a na szukanie po koleżankach jest już za późno. Mama nie śpi w nocy, tylko główkuje. O świcie przychodzi natchnienie! Wkładam letnią sukienkę mojej Mamy! Mamie sięga ona przed kolan, ale dla mnie to prawdziwa anielska alba ciągnąca się po ziemi. Do tego bluzka z długim rękawem pożyczona od Maniuty, skrzydła, aureola i gotowe! Anioł jak malowany!Strój mi się naprawdę podoba. Tak bardzo, że naciągam kurtkę na kieckę i skrzydła, i nie wkładam czapki – zamiast niej mam aureolę. Tak wyszykowany jadę do przedszkola. Okazuje się jednak, że do przedstawienia mam kilka godzin, także chcąc nie chcąc, muszę porzucić moje anielskie szaty i zamienić się w zwykłego Stasia.

Ok 14:00 znów jestem aniołem, a razem ze mną – moje przedszkolaki. Wszystkie piosenki mam wykute na blaszkę, także śpiewam głośno i wyraźnie z całą grupą starszaków. Choć śpiewamy w chórze, wszyscy razem, to Mama dobrze słyszy mój anielski głosik i jak to Mama, bardzo się wzrusza. Dwa lata temu na jasełkach byłem królem. Rolę swoją znałem, ale pani Marta, która była wówczas nauczycielem wspomagającym, chyba nie miała do mnie wystarczająco dużo zaufania, bo zamiast dać mi mówić samemu, stała obok niczym sufler i mówiła powoli mój tekst, a ja, nie mając innej możliwości, po prostu powtarzałem. Rok temu byłem pastuszkiem. Rolę miałem długą i wykutą na blaszkę, ale zjadła mnie trema i nie powiedziałem ani słowa. W tym roku jestem aniołem niosącym nadzieję i jedyne, co mam powiedzieć, to „NADZIEJA” właśnie. Onieśmielony wielką publicznością, zamykam się w sobie i… i prawie nic bym nie powiedział, ale z pomocą przychodzi mi p. Kasia. Kuca przy mnie, przytula i podpowiada na uszko „nadzieja”, a ja niewiele głośniej mówię w stronę widowni, szeptem jak na anioła przystało moją króciutką kwestię – „nadzieja”.Przestawienie za nami. Mama dumna jak paw, cieszy się, że tym razem odważyłem się coś powiedzieć. Szczęśliwa, bo to w sumie ostatnia okazja w tym przedszkolu. Od września najprawdopodobniej pójdę do nowego przedszkola, do nowych dzieci i nowych pań, za to z moją starą Maniutą 🙂Na Jasełka dotarła reprezentacja mojej Rodziny – Mama, Tata i Marysia (Antoś niestety ma dziś na później, więc w czasie mojego przedstawienia jest w szkole), Dziadek Michał (Babcia Asia niestety ma dzisiaj strasznie dużo lekcji, wiec zamiast na Jasełkach, siedzi w pracy) i Babcia Bożenka. Jednak pięć osób, to i tak całkiem dużo, także nie narzekam. Cieszę się tym, co mam.Na koniec wręczam jeszcze prezent Rodzicom. A nawet dwa prezenty. Jeden z nich to kalendarz, który powiesimy w kuchni ii będziemy w nim wszystko zapisywać, żeby o niczym nie zapomnieć. Drugi, to własnoręcznie wykonana ozdoba choinkowa, która pięknie prezentuje się na naszej domowej choince.

Przedstawienie się skończyło, jedzenie też – to znak, że czas już wracać do domu. Schodzę do szatni, a tam mój kumpel Wojtuś. Ubiera się powoli, bo czeka na mnie. Mówi, że nigdzie nie pójdzie, dopóki ja nie pójdę. Ostatnio, kiedy spakowałem bluzę do torby i naciągnąłem kurtkę na koszulkę, Wojtuś zrobił to samo. Powiedział mamie, że nie ubierze bluzy, bo chce tak jak Staś 🙂 A potem, kiedy ja wyszedłem już na dwór, Wojtuś nie czekając na swoich, zrobił to samo! Zszedł nawet ze mną po schodach! A kiedy zobaczył swoją mamę na ich szczycie, pozwolił sobie odprowadzić mnie do samochodu. Dosłownie do samochodu, bo wsiadł razem ze mną. Wojtuś to całkiem zdrowy, fajny, kontaktowy i wygadany chłopak. Wojtuś bardzo mnie lubi i lubi robić to, co ja. Ja też bardzo lubię Wojtusia. Dzieci nie mają uprzedzeń, jeśli rodzice też ich nie mają. Kto się oswoi, ten się nie boi!